Zełenski wniósł do parlamentu projekt ustawy o Ukraińskim Panteonie Narodowym, czyli państwowym miejscu pamięci w Kijowie. Brzmi jak wewnętrzna sprawa narodu. Problem w konstrukcji - Kijów będzie miał mechanizm, który pozwala mu raz za razem przypominać Polsce, kogo uznaje za bohatera. Potraktujmy to jak test. Zemsta niewiele da, rozsądek zbuduje naszą pozycję w Europie.
Można to przeczytać życzliwie: naród w trakcie wojny o przetrwanie porządkuje własną pamięć, sprowadza do domu prochy tych, których uważa za swoich, buduje miejsce, gdzie będzie ich czcił.
I byłoby w tym sporo prawdy, gdyby nie jeden szczegół - konstrukcja ustawy, którą Zełenski wniósł do parlamentu 28 czerwca, w Dzień Konstytucji. Bo tę samą ustawę można odczytać też nieżyczliwie, a odpowiedzią na pytanie, która lektura była trafna, nie będą deklaracje. Będą decyzje.
Bo panteon nie jest zamkniętym pomnikiem. Jest otwartym rejestrem, który będzie się rozrastał nazwisko po nazwisku (każde przez osobną nowelizację), każde przez osobną ceremonię z prezydentem i honorami wojskowymi. To znaczy, że Ukraina zafundowała sobie mechanizm, który pozwala jej regularnie, w dowolnym wybranym momencie, przypominać Polsce, kogo uznaje za bohatera. A wśród dopuszczonych kategorii są dowódcy UPA i czołówka OUN. Nie trzeba dopowiadać, czyje nazwiska tu padną i co znaczą po polskiej stronie granicy.
"Zełenski kłamie". Parafianowicz o kryzysie polsko-ukraińskim
I tu jest sedno, którego nie wolno rozmyć: nikt rozsądny nie domaga się od Ukrainy, żeby Polska dyktowała jej bohaterów. To byłoby absurdalne i obraźliwe. Ale między dyktowaniem a obojętnością na sąsiada jest cała przestrzeń, którą wypełnia się zwykłą przyzwoitością.
Przyjazny kraj, sąsiad, który mówi o strategicznym partnerstwie i którego Polska realnie wspiera, w sprawie tak bolesnej jak Wołyń nie szuka okazji do rozdrapywania ran. Nie buduje sobie ustawowej maszyny do ich rozdrapywania - a dokładnie tym jest ten panteon, jeśli czytać go uczciwie. I jeśli czytać go przez pryzmat ostatnich decyzji i słów.
Zełenski miał wybór. Mógł pamięć o ruchu nacjonalistycznym zostawić w obrębie ukraińskiej debaty wewnętrznej, gdzie ma pełne prawo ją prowadzić. Zamiast tego wpisał ją w państwowy ceremoniał. I tym samym wyciągnął ją na zewnątrz - na linię, gdzie musi się zderzyć z Polską.
Kluczowy jest jednak nie sam gest, lecz jego moment. Ten projekt miałby zupełnie inny wydźwięk, gdyby nie poprzedziła go wymiana ciosów na linii Warszawa-Kijów i gdyby nie nieobecność Zełenskiego na konferencji odbudowy Ukrainy w Gdańsku. Projekt ustawy wniesiono nie w próżni, lecz w momencie napięcia - i to napięcie nadaje jej znaczenie.
To decyzja podjęta z pełną świadomością tego, jak zostanie odczytana w Polsce. A decyzje się ocenia.
Że nie była to nieświadomość, pokazują słowa samych autorów. Ogłaszając projekt, Zełenski mówił o tym, że nikt poza samymi Ukraińcami nie powinien decydować, kogo czcić i że nikt nigdy nie będzie nakazywał Ukraińcom, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów czcić.
Szef Biura Prezydenta Kyryło Budanow ujął to jeszcze dosadniej: więcej nikt i nigdy nie będzie dyktował Ukraińcom, jakich bohaterów czcić, jakie święta obchodzić ani jakiej historii się uczyć. "Nikt nie będzie nam dyktował" zakłada adresata. Kogoś, kto rzekomo dyktuje. W kontekście ostatnich tygodni trudno nie mieć wątpliwości, do kogo ten komunikat jest skierowany.
Żeby zrozumieć, dlaczego to moim zdaniem jest narzędzie, a nie gest - trzeba zajrzeć do samej ustawy.
Sześć kategorii. Od Rusi po naczelnych dowódców
Teraz trochę podstaw - projekt zarejestrowano w Radzie Najwyższej pod numerem 15360. Tworzy w Kijowie ogólnonarodowe miejsce pamięci, w którym państwo będzie honorować "najwybitniejszych przedstawicieli narodu ukraińskiego" - przez przepochowanie (przeniesienie szczątków do nowego, uroczystego miejsca spoczynku), ustawienie symbolicznych grobów i inne formy upamiętnienia. Ustawa wymienia sześć grup osób, które mogą zostać uhonorowane.
Art. 5 projektu ustawy o Ukraińskim Panteonie Narodowym wymienia sześć kategorii osób, które mogą zostać uhonorowane. Źródło: Rada Najwyższa Ukrainy (projekt nr 15360) © Licencjodawca Pierwsza to głowy państw lub osoby im równorzędne - w bardzo szerokim ujęciu historycznym: od Rusi, przez Królestwo Ruskie, kozackie państwo ukraińskie (Wojsko Zaporoskie), Ukraińską Republikę Ludową, Zachodnioukraińską Republikę Ludową, Państwo Ukraińskie z 1918 r., aż po Ukrainę Karpacką.
Druga obejmuje prezydentów Ukrainy - z wyjątkiem usuniętych z urzędu w trybie impeachmentu.
Trzecia kategoria to dowódcy wojskowi: naczelni dowódcy lub im równorzędni w siłach zbrojnych URL, w Ukraińskiej Armii Halickiej, w Organizacji Obrony Narodowej "Karpacka Sicz" oraz - co kluczowe - w Ukraińskiej Powstańczej Armii. Formacje te są w ustawie wymienione wprost, z nazwy. A w legislacji wskazanie czegoś imiennie, gdy dałoby się to objąć ogólną klauzulą, jest aktem nobilitacji. Ustawodawca mówi w ten sposób: te konkretne formacje są na tyle ważne, że zasługują na własną podstawę prawną, a nie na rozpłynięcie się w pojemnej kategorii "wyjątkowego wkładu w niepodległość", która i tak by je pomieściła.
Siły zbrojne URL, Ukraińska Armia Halicka, Karpacka Sicz i UPA zostają więc wpisane do panteonowego kanonu jako instytucje, a nie tylko jako zbiór zasłużonych jednostek. To uznanie ciągłości i prawomocności tych armii, a nie samych ich dowódców.
I to pokazuje świadomość oraz celowość już na poziomie konstrukcji ustawy. Jej twórcy zdecydowali, że UPA dostaje imienne miejsce w prawie - w jednym szeregu z armią URL (którą Polska akurat pamięta jako sojusznika z 1920 r.). Zestawienie tych formacji na równych prawach to też komunikat, że dla ukraińskiej polityki pamięci UPA jest tym samym, czym armia Petlury.
Czwarta kategoria to naczelni dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy podczas trwającej wojny o niepodległość.
Piąta jest najpojemniejsza i najbardziej uznaniowa: osoby, które wniosły "wyjątkowy, historycznie znaczący wkład" w zdobycie i odzyskanie niepodległości, budowę państwa, obronę jego suwerenności, kształtowanie narodu, wojska, kultury, nauki, sportu, języka literackiego, społeczeństwa obywatelskiego lub religii.
Szósta obejmuje laureatów Nagrody Nobla z nauki lub literatury oraz postaci kultury i nauki rangi światowej, które były obywatelami Ukrainy, urodziły się lub mieszkały na jej terytorium albo których działalność była z nim związana.
Filtr wymierzony w Moskwę
Ustawa zawiera też katalog wykluczeń. Z panteonu wyłączone są osoby skazane za przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu narodowemu Ukrainy oraz przeciwko pokojowi i porządkowi międzynarodowemu, a także postaci objęte ukraińskimi ustawami dekomunizacyjnymi i "dekolonizacyjnymi" (potępiającymi reżim komunistyczny i nazistowski, rosyjską politykę imperialną oraz propagandę rosyjskiej agresji).
Innymi słowy: filtr odsiewa postaci sowieckie i prorosyjskie. Nie odsiewa działaczy ruchu nacjonalistycznego - i to nawet tych, których pamięć jest w Polsce jednoznacznie negatywna. To pokazuje, gdzie autorzy ustawy widzieli zagrożenie dla pamięci i gdzie go nie widzieli.
Mechanizm uhonorowania jest dwustopniowy. Przy instytucji zarządzającej panteonem działać będzie stały kolegialny organ doradczy, w którego skład wchodzić będą m.in. przedstawiciele Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, naukowcy i historycy. To on rozpatruje propozycje, prowadzi konsultacje społeczne i przygotowuje rekomendacje.
Decyzja właściwa zapada jednak wyżej: o każdym honorowym przepochowaniu, każdym kenotafie i każdej innej formie upamiętnienia parlament rozstrzyga osobno - dopisując każde nazwisko bezpośrednio do ustawy, do dołączonej do niej listy.
Każde nazwisko to zatem odrębna decyzja polityczna Rady Najwyższej, a nie wpis urzędniczy. I to jest dokładnie ten element, który zamienia pomnik w narzędzie: skoro każda postać wymaga osobnego głosowania, to każde z nich jest osobnym, datowanym, w pełni kontrolowanym przez Kijów wydarzeniem politycznym.
W uzasadnieniu, podpisanym przez zastępczynię szefa Biura Prezydenta Irynę Wereszczuk, cel ujęto wprost: projekt ma "przywrócić sprawiedliwość historyczną", kształtować pamięć narodową i konsolidować społeczeństwo "wokół wspólnej historii". Kluczowe jest jednak inne sformułowanie - panteon ma kształtować ukraińską tożsamość narodową i obywatelską "na ich przykładach", czyli na przykładach uhonorowanych postaci. To nie jest więc cmentarz ani nawet zwykły pomnik, lecz narzędzie polityki tożsamościowej adresowane do przyszłych pokoleń: państwo wskazuje, na kim młodzi Ukraińcy mają się wzorować.
Kluczowe będą nazwiska
Sama ustawa nie wymienia konkretnych osób - robić to będzie dopiero przyszły załącznik. Ale zestawienie sześciu kategorii z postaciami, które już dziś funkcjonują w ukraińskiej polityce pamięci, pozwala naszkicować realny krąg kandydatów. Z kategorii "głów państw" przechodzą książęta Rusi: Włodzimierz Wielki i Jarosław Mądry oraz Danyło Halicki.
Z doby kozackiej: hetmani, z Bohdanem Chmielnickim (choć akurat budzi dyskusję w Ukrainie, więc ostatecznie może wcale się nie znaleźć na liście uhonorowanych) i Iwanem Mazepą na czele.
Z okresu walk o niepodległość po I wojnie światowej: Mychajło Hruszewski i Symon Petlura (URL), Jewhen Petruszewycz (ZURL), Pawło Skoropadski (Państwo Ukraińskie), Awgustyn Wołoszyn (Ukraina Karpacka).
Po majowej ceremonii przepochowania Melnyka Iryna Wereszczuk (ta sama, która później podpisała uzasadnienie projektu w imieniu prezydenta) zapowiedziała, że Ukraina chce sprowadzać z zagranicy nie tylko działaczy XX wieku, ale też postaci doby Książęcej i Kozackiej. To bezpośrednio domyka tę kategorię. Padły wówczas także konkretne nazwiska rozważane do powrotu zza granicy: Symona Petlury i Pawła Skoropadskiego.
Kategoria dowódców wojskowych otwiera drzwi Ukraińskiej Powstańczej Armii, a więc jej naczelnemu dowódcy Romanowi Szuchewyczowi. Najpojemniejsza kategoria piąta obejmować może też czołówkę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów: Stepana Banderę, Jewhena Konowalca, Andrija Melnyka.
Można by w tym miejscu uspokajać, że ustawa zawęża krąg postaci z UPA do samego szczytu dowódczego, że skoro wojskowa kategoria obejmuje tylko naczelnych dowódców, to poza Szuchewyczem nie ma tu miejsca na nazwiska, które w Polsce wywołałyby zdziwienie i sprzeciw.
Niestety, taka interpretacja jest błędna. Sześć kategorii nie wyklucza się nawzajem, lecz nakładają się, bo wystarczy spełnić jedną z nich. Kategoria wojskowa to tylko jedna z dróg, ta dla dowódców.
Każdy inny członek ruchu - żołnierz UPA, działacz OUN, który nigdy nie dowodził - może zostać uhonorowany przez pojemną kategorię piątą jako osoba o "wyjątkowym wkładzie w niepodległość". Ustawa nigdzie nie stanowi, że przynależność do UPA wyczerpuje się w kategorii wojskowej. Krąg jest więc nie węższy, lecz szerszy, niż mogłoby się wydawać. A jedyny filtr, który kogokolwiek realnie zatrzymuje, dotyczy postaci sowieckich i prorosyjskich, nie nacjonalistycznych.
I tu trzeba być precyzyjnym: ustawa sama z siebie nikogo nie wpisuje. Tworzy jedynie pojemne ramy, w których takie upamiętnienie jest możliwe.
To, czy mechanizm zostanie uruchomiony - i wobec kogo - nie zależy od litery prawa, lecz od ukraińskich polityków, którzy każdą nazwę przepchną osobnym głosowaniem. Ustawa daje narzędzie. Decyzja o jego użyciu należy do Kijowa. I właśnie dlatego nie jest to spór o przepis, lecz o to, jak Ukraina zechce z tego przepisu korzystać.
Osobna, mniej oczywista furtka to kategoria szósta - czyli postaci nauki i kultury "związane z terytorium Ukrainy". W praktyce obejmuje ona każdego, kto urodził się lub działał na obszarze dawnej Galicji i Kresów, co otwiera pole do sporów o wspólne dziedzictwo. Szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Ołeksandr Alfjorow zastrzegał wprawdzie, że panteon "na pewno nie jest o przepochowaniu Tarasa Szewczenki, Łesi Ukrainki czy Iwana Franki", a same przepochowania mają być nieliczne - większość upamiętnień przyjmie formę kenotafów.
Lista, która będzie rosła
Każda kolejna postać to osobna nowelizacja, osobna ceremonia i osobna decyzja parlamentu, a więc także osobny moment, w którym Ukraina publicznie rozstrzyga, kogo uznaje za swojego bohatera.
I dlatego dla relacji polsko-ukraińskich prezydent Ukrainy zrobił tym projektem realną szkodę - otworzył sobie drogę, żeby ją powtarzać przy każdej kolejnej nowelizacji załącznika. Nie chodzi o jeden gest, lecz o stałe, wpisane w prawo pole nacisku.
Z polskiej perspektywy panteon będzie ważnym testem tego, kogo Ukraina rzeczywiście zechce w nim honorować. To nie ramy ustawy będą zapamiętane, lecz nazwiska, które do niej trafią. To jest test, który Ukraina będzie zdawać albo oblewać. I Polska będzie to obserwować. I zdawać własny test - na reakcje.
Wniosek dla Warszawy jest jednak inny, niż podpowiadają emocje. Skoro ten mechanizm powstanie (gdyż losy przepisów są przesądzone) i będzie uruchamiany cyklicznie, to każde kolejne nazwisko będzie wracać jak fala - i Polska musi się na to przygotować z góry.
Nie chodzi o to, by reagować gniewem za każdym razem, bo właśnie o tę reakcję w tej grze chodzi.
Chodzi o to, by te ciosy rozpoznawać, nazywać i przechodzić bez emocji, twardo broniąc własnej pamięci o Wołyniu, ale nie dając się wciągnąć w spektakl, który osłabia obie strony, a wzmacnia tylko tego, komu zależy na poróżnieniu Warszawy i Kijowa.
Dojrzałość wobec sąsiada nie polega na udawaniu, że ciosu nie było. Polega na tym, by go przyjąć, zapamiętać i nie stracić głowy. Co więcej, to także okazja. Po pierwsze, by pokazać, że Polska potrafi być stabilna i przewidywalna w trudnej relacji, nawet gdy jest prowokowana. Po drugie, by budować w Europie przekonanie, że mamy siłę i własny głos - i że potrafimy go bronić spokojnie, bez krzyku, ale i bez ustępstw w sprawach, które są dla nas fundamentalne. Z takiego starcia można wyjść słabszym albo mocniejszym. To zależy już tylko od nas.
I jeszcze jedno, o czym nie wolno zapomnieć po żadnej ze stron: ten spór nie zmienia tego, że w ocenie Rosji Polska i Ukraina stoją razem. Różnica zdań nie przesuwa nikogo na drugą stronę frontu. Dlatego żadnego sporu nie powinno się karać oskarżeniem o granie na rękę Moskwie.
Polska ma prawo twardo upominać się o Wołyń, nie przestając być sojusznikiem Ukrainy. Ukraina ma prawo czcić swoich bohaterów, nie zbywając polskich zastrzeżeń etykietą "rosyjskiej narracji". To są dwie różne rozmowy i mieszanie ich służy tylko jednej stolicy - i nie jest nią ani Warszawa, ani Kijów.
Jest też granica, której ten spór przekraczać nie może. Rozliczenia historyczne to sprawa historyków, polityków i państw - nie ulicy. Karanie kogokolwiek w Polsce niechęcią za to, co dzieje się na poziomie polityki pamięci, jest nie tylko niesprawiedliwe. Jest dokładnie tym, na czym zależy tym, którzy chcą Polskę i Ukrainę poróżnić.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Dziennikarz, reporter i autor. Od 2014 roku związany z Wirtualną Polską, gdzie rozpoczynał jako dziennikarz serwisu ekonomicznego Money.pl. Od czerwca 2023 roku redaktor naczelny Wiadomości WP - jednego z kluczowych filarów informacyjnych Grupy Wirtualna Polska. Specjalizuje się w dziennikarstwie ekonomicznym i śledczym. Zasłynął serią reportaży o nieetycznych praktykach w branży finansowej, w ramach których sam zatrudnił się w jednej z warszawskich "kotłowni" - nielegalnych call center naciągających ludzi na fałszywe inwestycje, a w związku ze śledztwem był przesłuchiwany przez policję i Komisję Nadzoru Finansowego. Na tej podstawie napisał książkę Łowcy z kotłowni. Dziki świat finansowych naciągaczy (Wydawnictwo WAM, 2018). Laureat i finalista najważniejszych polskich konkursów dziennikarskich. W 2018 roku zdobył nagrodę im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Wielokrotnie nominowany do Grand Press - największego konkursu dziennikarskiego w Polsce - w kategoriach: dziennikarstwo specjalistyczne (2016, 2023), reportaż prasowy/internetowy (2019) i news (2022). Dwukrotny finalista konkursu im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (2018, 2022). Dwukrotnie wyróżniony w konkursie Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego - jako nominowany (2018) i finalista (2022). Finalista Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego (2023) oraz finalista Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska (2024).
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości