
Cała historia rozegrała się 14 sierpnia 2003 roku, kiedy to w ciągu zaledwie kilku minut prąd przestał płynąć do około 55 milionów odbiorców. W ciemnościach pogrążyły się między innymi Nowy Jork, Cleveland, Detroit i Toronto. Stanęło metro, przestała działać sygnalizacja świetlna, windy uwięziły tysiące osób, a lotniska oraz szpitale musiały przejść na zasilanie awaryjne. Choć początkowo podejrzewano atak terrorystyczny lub awarię o ogromnej skali technicznej, śledztwo wykazało, że początek katastrofy był zaskakująco prosty.
Efekt domina rozpoczął się w stanie Ohio podczas wyjątkowo gorącego sierpniowego popołudnia. Wysokie temperatury i ogromne zapotrzebowanie na energię elektryczną sprawiły, że linie przesyłowe były wyjątkowo obciążone. W takich warunkach przewody nagrzewają się i naturalnie opadają niżej. Jedna z linii wysokiego napięcia o napięciu 345 kV zetknęła się z nieprzyciętym drzewem rosnącym w pobliżu korytarza przesyłowego. Był to bożodrzew gruczołowaty ( Ailanthus altissima ), będący gatunkiem inwazyjnym wywodzącym się z Azji.
A co było dalej? Kontakt przewodu z koroną drzewa doprowadził do automatycznego wyłączenia linii, jednak sam incydent nie musiał jeszcze oznaczać katastrofy. Problem polegał na tym, że operatorzy sieci nie mieli świadomości rozwijającego się zagrożenia. W centrum sterowania firmy FirstEnergy zawiódł system alarmowy odpowiedzialny za informowanie o awariach i przeciążeniach. Pracownicy nie otrzymywali ostrzeżeń o kolejnych wyłączających się elementach sieci, dlatego nie podjęli działań, które mogłyby ograniczyć rozprzestrzeniającą się awarię.
W miarę wyłączania kolejnych linii ich obciążenie przejmowały pozostałe połączenia, co doprowadziło do efektu domina. W ciągu kilku minut przeciążenia rozprzestrzeniły się na znaczną część wschodniego systemu elektroenergetycznego Ameryki Północnej. Kaskadowa awaria była niezwykle gwałtowna. W krótkim czasie doszło do wyłączenia setek generatorów w ponad 250 elektrowniach, a ogromna część wschodniej sieci elektroenergetycznej utraciła stabilność. Miliony ludzi zostały pozbawione energii elektrycznej na wiele godzin, a w niektórych miejscach przywracanie zasilania trwało nawet dwa dni.
Zakłócenia objęły transport publiczny, sieci telefoniczne, systemy wodociągowe a nawet wiele usług ratunkowych. Według późniejszych analiz blackout przyczynił się również do śmierci co najmniej kilkudziesięciu osób, a straty gospodarcze oszacowano na około 6 miliardów dolarów. Śledztwo zorganizowane przez amerykańsko-kanadyjską grupę zadaniową wykazało, że katastrofa nie była wynikiem pojedynczej usterki. Drzewo jedynie uruchomiło sekwencję zdarzeń, która ujawniła znacznie głębsze problemy systemowe.
Stało się jasne, że od dawna przycinanie roślinności pod liniami przesyłowymi było niewystarczające. Doszły do tego awarie oprogramowania monitorującego pracę sieci, brak odpowiedniej świadomości sytuacyjnej operatorów i niedostateczne procedury szkoleniowe. W branży energetycznej mówiło się później o trzech głównych przyczynach katastrofy: drzewach, technologii oraz szkoleniu personelu. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. No, przynajmniej w tym przypadku. Wydarzenia z sierpnia 2003 roku doprowadziły bowiem do jednej z największych reform zasad bezpieczeństwa sieci elektroenergetycznych w Ameryce Północnej. Po wejściu w życie Energy Policy Act z 2005 roku dobrowolne wcześniej standardy niezawodności stały się obowiązkowe i podlegające egzekwowaniu.
Organizacja NERC otrzymała uprawnienia do nadzorowania przestrzegania nowych wymagań, a jednym z kluczowych standardów stał się FAC-003 dotyczący zarządzania roślinnością w pobliżu linii przesyłowych. Operatorzy byli od tego czasu zobowiązani do regularnych inspekcji, dokumentowania prac i utrzymywania bezpiecznych odległości między drzewami a przewodami wysokiego napięcia. Za zaniedbania mogą dziś grozić wielomilionowe kary finansowe. Pocieszające jest bez wątpienia to, że współczesne przedsiębiorstwa energetyczne wykorzystują znacznie bardziej zaawansowane narzędzia niż dwie dekady temu.