
Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
Około dwóch tysięcy wykładowców nauk ścisłych z Uniwersytetu Kalifornijskiego - jednej z najlepszych uczelni w USA - podpisało się pod listem otwartym o palącym problemie, z jakim mierzą się ośrodki akademickie w całym kraju. Jak twierdzą, coraz więcej studentów studiów licencjackich trafia na uczelnie bez podstawowych umiejętności, które pozwoliłyby im sobie na nich poradzić.
Autorzy podają, że na kampusie w Berkeley około 20-30 proc. studentów rozpoczynających kurs z analizy matematycznej wykazuje "poważne braki w przygotowaniu". Problem jest na tyle duży, że wykładowcy muszą uczyć matematyki na poziomie klas 6-8 szkoły podstawowej.
Ten list to najnowszy głos w przybierającej na sile debacie na temat edukacji wyższej, kryteriów rekrutacyjnych oraz sprawności intelektualnej amerykańskiej młodzieży. Apel wykładowców to też pokłosie szokującego raportu z kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, opublikowanego w listopadzie zeszłego roku.
Tamtejsi wykładowcy zauważyli, że w ciągu zaledwie pięciu lat liczba studentów pierwszego roku, których umiejętności matematyczne były poniżej poziomu szkoły średniej, wzrosła niemal trzydziestokrotnie osiągając poziom prawie jednego na ośmiu studentów. Ponadto autorzy raportu dowodzą, że około 70 proc. mających zaległości studentów nie radziło sobie na poziomie 14-latka.
Obawy o umiejętności matematyczne studentów idą w parze z długotrwałym niepokojem wokół spadającego poziomu czytelnictwa. Wykładowcy alarmują, że studenci kierunków filologicznych mają dziś trudności z przeczytaniem książki od deski do deski.
Problemy te nie ograniczają się jednak do Zachodniego Wybrzeża ani uniwersytetów publicznych. Z zeszłorocznego wewnętrznego raportu Uniwersytetu Harvarda wynika, że część wykładowców nauk humanistycznych i społecznych czuje się zmuszona do skracania omawianych tekstów.
Studenci trafiają zatem na najsłynniejszy uniwersytet w Stanach Zjednoczonych "z mniejszym doświadczeniem w czytaniu złożonej prozy oraz mniejszą zdolnością do koncentracji". Prowadzący zajęcia zauważają, że dzisiejsi studenci "zmagają się z ukończeniem lektur, które jeszcze 10 lat temu ich rówieśnicy potrafili przeczytać z łatwością".
Studenci radzą sobie coraz gorzej. Fatalny wynik Polski w ogólnoświatowym badaniu
Wykładowcy narzekają na studentów, odkąd tylko istnieją uniwersytety. Problem w tym, że poparcie tych anegdot twardymi, ogólnokrajowymi danymi bywa niezwykle trudne.
Po ukończeniu szkoły średniej amerykańska młodzież rzadko przystępuje do ogólnokrajowych czy stanowych egzaminów standaryzowanych. Ci, których interesują fakty, muszą więc polegać na wyrywkowych raportach pochodzących od samych wykładowców - takich jak tych z Kalifornii, którzy czują się zmuszeni bić na alarm.
Jednak analitycy globalnych trendów - i pozycji Ameryki na ich tle - nie muszą poruszać się całkowicie po omacku. Pewien wgląd można zyskać dzięki przeprowadzanemu raz na dekadę badaniu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zrzeszającej głównie bogate kraje.
Międzynarodowe Badanie Kompetencji Osób Dorosłych (PIAAC) ma na celu sprawdzenie, w jakim stopniu obywatele kilkudziesięciu krajów posiadają umiejętności czytania ze zrozumieniem oraz liczenia, które są niezbędne do radzenia sobie w prawdziwym świecie.
W najprostszej wersji testy te sprawdzają, na ile ludzie radzą sobie ze zrozumieniem ulotki zawartej w opakowaniu tabletek lub czy potrafią obliczyć, ile tapety potrzebują do wytapetowania pokoju. Na wyższych poziomach badają one zdolność wyciągania trafnych wniosków ze złożonych analiz i wykresów.
W każdej z dziedzin zdający są dzieleni pod względem bystrości na pięć poziomów. Poziom pierwszy powinien być osiągalny dla ucznia z kraju rozwiniętego na koniec szkoły podstawowej - twierdzi Andreas Schleicher z OECD.
W krajach rozwiniętych około 8 proc. studentów szkół wyższych uzyskało z testu umiejętności czytania wynik nie lepszy niż ten, jakiego można by oczekiwać od 10-latka. W najnowszej rundzie badań opublikowanych pod koniec 2024 roku, przetestowano około 160 tys. osób w różnym wieku. Redakcja "The Economist" poprosiła OECD o dane dotyczące wyłącznie osób poniżej 35. roku życia, które w momencie przystępowania do testów były w trakcie studiów. Grupa ta obejmuje studentów wszystkich uniwersytetów oraz większość osób uczących się w szkołach wyższych, ale tylko na kierunkach, które w założeniu są bardziej zaawansowane niż program nauczania w szkołach średnich.
Wielu z nich radzi sobie bardzo dobrze, jednak uderzająco duży odsetek odnotowuje fatalne wyniki. W krajach rozwiniętych około 8 proc. studentów szkół wyższych uzyskało z testu umiejętności czytania wynik nie lepszy niż ten, jakiego można by oczekiwać od 10-latka.
W przypadku umiejętności matematycznych odsetek ten jest niemal identyczny. Co gorsza, liczba osób z wynikiem na poziomie średniej lub poniżej wzrosła w porównaniu z poprzednią edycją badań nieco ponad dekadę temu. Liczba studentów osiągających fatalne wyniki w czytaniu wzrosła ponad dwukrotnie.
Wyniki na poziomie poszczególnych krajów są bardzo zróżnicowane. W Estonii mniej niż 2 proc. studentów szkół wyższych ma wyniki na równi lub poniżej średniej w czytaniu ze zrozumieniem. Najgorzej w tym zestawieniu wypada Polska (jedna na pięć badanych osób), a w przypadku umiejętności liczenia - Chile (jeden na czterech badanych). Brytyjczycy mogą jeszcze odetchnąć z ulgą, choć w kraju rośnie niechęć do świata akademickiego. Wyniki tamtejszych studentów plasują się jednak powyżej średniej i stale rosną.
W USA sytuacja wygląda zupełnie inaczej i należy do tych najbardziej rozczarowujących. W testach z czytania aż co siódmy amerykański student osiągnął wynik na poziomie szkoły podstawowej lub niższym, podczas gdy dekadę temu była to zaledwie jedna na dwadzieścia osób. Z kolei w przypadku umiejętności matematycznych odsetek ten zbliżył się do niemal jednej piątej.
To nie tylko wina smartfonów. Dlaczego poziom szkół wyższych drastycznie spada?
Co się właściwie dzieje? Po części uniwersytety i szkoły wyższe dziedziczą problemy, które mają swoje źródło na wcześniejszych etapach edukacji. Nie sposób przy tym pominąć wpływ pandemii. Państwa decydowały się na zamykanie szkół średnio na 20 tygodni, a wprowadzone później nauczanie hybrydowe oraz kwarantanny jeszcze bardziej zdezorganizowały lekcje.
W kolejnych latach, bezpośrednio po tej katastrofie, wyglądało to tak, jakby niektórzy uczniowie "w ogóle nie chodzili do szkoły średniej" - mówi Jessica Hooten Wilson, profesor na Uniwersytecie Pepperdine w Kalifornii. - To był doprawdy przerażający widok - ocenia.
A przecież w wielu miejscach poziom szkolnictwa obniżał się już przed pandemią. Wyniki NAEP, amerykańskiego ogólnokrajowego testu postępów uczniów, osiągnęły szczyt na początku lat 2010. i od tamtej pory sukcesywnie spadają.
Podobną tendencję spadkową widać w wielu innych krajach, choćby po wynikach PISA - międzynarodowego egzaminu, do którego przystępują 15-latkowie. Do państw o wyjątkowo głębokim i długotrwałym regresie należą Francja, Niemcy, Holandia oraz Nowa Zelandia.
Przyczyny tych trendów są przedmiotem zażartych dyskusji. Istotną rolę odgrywa tu rosnąca migracja - nowo przybyli mieszkańcy są zazwyczaj ubożsi niż uczniowie urodzeni na miejscu i częściej posługują się w domu językiem obcym.
Tradycjonaliści oskarżają z kolei reformatorów szkolnictwa o obniżanie poprzeczki na egzaminach oraz osłabianie systemu rozliczania szkół z efektów nauczania. Zarzucają im również zastępowanie sprawdzonych metod nauczania tymi modnymi, które spychają na boczny tor przyswajanie konkretnych faktów na rzecz ładnie brzmiących, lecz pustych "umiejętności miękkich".
Odsetek dziewięciolatków w Ameryce deklarujących, że czytają książki dla przyjemności, spadł z niemal 60 proc. w latach 90. do 37 proc. obecnie. Twierdzenia, jakoby media społecznościowe "przeprogramowywały" mózgi dzieci, łudząco przypominają dawne paniki moralne, na przykład te dotyczące telewizji czy gier komputerowych. Nie ulega jednak wątpliwości, że wszelkiego rodzaju ekrany wyparły bardziej rozwijające zajęcia.
Odsetek dziewięciolatków w Ameryce deklarujących, że czytają książki dla przyjemności, spadł z niemal 60 proc. w latach 90. do 37 proc. obecnie. Co więcej, regres w umiejętności czytania ze zrozumieniem dotyczy nie tylko uczniów i studentów. Badania OECD wykazują tę tendencję również w starszych grupach wiekowych. Jak zauważa Schleicher, jest tak być może dlatego, że po prostu mamy dziś mniej okazji do obcowania z długimi i złożonymi tekstami.
Uczelnie, które twierdzą, że są jedynie biernymi obserwatorami tego procesu, zbyt łatwo zdejmują z siebie odpowiedzialność. W wielu krajach cieszą się one ogromną swobodą w kształtowaniu polityki rekrutacyjnej. Często jednak nie potrafiły wykorzystać tej niezależności, by utrzymać wysokie standardy akademickie.
Przez dziesięciolecia władzom uczelni zarzucano obniżanie kryteriów rekrutacyjnych, aby zbić kapitał na rosnącym popycie. Obecnie dynamika ta wygląda nieco inaczej: w niektórych zamożnych krajach liczba 18-latków zbliża się do swojego szczytu lub ma go już za sobą. Władzom uczelni może być jeszcze trudniej oprzeć się pokusie obniżania poprzeczki, gdy alternatywą jest redukcja etatów i zmniejszanie skali działalności.
Rzeczywiście, zestawienie danych OECD z danymi o liczbie studentów ujawnia korelację, która zasługuje na dalsze zbadanie: kurczące się systemy są szczególnie podatne na gromadzenie osób osiągających najgorsze wyniki.
Za spadek wyników w szkołach odpowiadają głównie uczniowie, którzy już wcześniej dostawali słabe oceny. Dlatego napływ nieprzygotowanych studentów na czołowe amerykańskie uniwersytety wymaga wyjaśnienia. Sfrustrowani akademicy - zarówno w Kalifornii, jak i w innych częściach kraju - winą za ten stan rzeczy obarczają rezygnację z egzaminów wstępnych.
Rekrutacja na studia przypomina loterię
Przed pandemią ponad połowa amerykańskich uniwersytetów oferujących studia licencjackie wymagała od kandydatów podejścia do egzaminów sprawdzających umiejętności matematyczne i językowe - najczęściej SAT lub ACT (pełnią one funkcję ujednoliconych testów państwowych, znanych z wielu innych krajów). Dziś ten wymóg utrzymuje zaledwie 10 proc. z nich.
Podczas pandemii amerykańskie uczelnie przekonywały, że bezpieczne przeprowadzenie tych egzaminów jest niemożliwe. Kierowały się jednak również głosami mówiącymi, że testy te dyskryminują czarnoskórych i latynoskich studentów, którzy zazwyczaj osiągali w nich wyniki poniżej średniej.
Cynicy twierdzą, że rezygnacja z egzaminów wstępnych dała władzom uczelni swobodę w kształtowaniu struktury etnicznej na kampusach i to pomimo wyroku Sądu Najwyższego z 2023 roku, zakazującego stosowania akcji afirmatywnej. Z kolei dla mniej prestiżowych szkół wyższych brak egzaminów wstępnych ułatwił zapełnienie sal wykładowych.
W ostatnich latach wiele amerykańskich stanów obniżyło wymagania do uzyskania świadectwa ukończenia szkoły. Wszystko to sprawiło, że działy rekrutacji musiały w większym stopniu polegać na innych kryteriach, te jednak stają się coraz mniej wiarygodne. Eseje już wcześniej były często pisane przez rodziców czy nauczycieli. A teraz, biorąc pod uwagę, jak łatwo można je wygenerować za pomocą sztucznej inteligencji, nie są warte niemal nic - zauważa Mina Aganagic, profesor matematyki w Berkeley i jedna z autorek listu otwartego.
Na znaczeniu tracą także szkolne oceny. W ostatnich latach wiele amerykańskich stanów obniżyło wymagania do uzyskania świadectwa ukończenia szkoły.
Około jedna czwarta wszystkich studentów, których profesorowie w San Diego musieli skierować na najbardziej podstawowe zajęcia wyrównawcze z matematyki, pod koniec szkoły średniej zdobywała z tego przedmiotu same piątki i szóstki. Jak twierdzi profesor Aganagic, rekrutacja jest jak otwarcie "czarnej skrzynki". - Myślę, że większość osób zgodzi się z tym, że losowy wybór studentów nikomu nie służy - dodaje.
Inflacja ocen na uniwersytetach. Dlaczego Harvard i Yale stawiają same piątki?
Kluczowym pytaniem stojącym przed uczelniami jest nie tylko to, jak zareagują na rosnącą rzeszę słabo przygotowanych kandydatów, ale również to, czy same są gotowe na dalsze egzekwowanie wysokich wymagań. List otwarty z Kalifornii ostrzega, że wraz ze słabszymi studentami pojawiła się "rosnąca presja na obniżenie wymagań akademickich w naukach ścisłych".
W Wielkiej Brytanii egzaminy państwowe poniekąd hamują zjawisko inflacji ocen w szkołach średnich, nie ma to jednak przełożenia na szkolnictwo wyższe. Choć oceny nieznacznie spadły w porównaniu z pandemicznym szczytem, w 2025 roku około 30 proc. brytyjskich studentów ukończyło studia licencjackie z wyróżnieniem (tzw. first-class honours degree). Dla porównania: w 1995 roku odsetek ten wynosił zaledwie 7 proc.
Na Uniwersytecie Yale w roku akademickim 2022/2023 aż 79 proc. wszystkich ocen stanowiły stopnie A lub A- (odpowiedniki piątek i piątek z minusem), podczas gdy w roku 2010/2011 było to 67 proc. Odsetek ten był najniższy na kierunkach nauk ekonomicznych, gdzie wynosił około 50 proc., natomiast m.in. na kierunkach humanistycznych przekraczał próg 80 proc.
W kwietniu starsi wykładowcy z Yale, w eseju analizującym przyczyny spadku zaufania do szkolnictwa wyższego, stwierdzili wprost, że "dekady inflacji i spłaszczania ocen uczyniły uniwersytecki system oceniania niemal bezwartościowym jako miarę osiągnięć akademickich".
(...) władze uczelni kładą coraz większy nacisk na studenckie ankiety oceny zajęć dydaktycznych na koniec semestru. To z kolei stanowi dla akademików dodatkową zachętę, by za wszelką cenę przypodobać się swoim "klientom". Opublikowany w zeszłym roku raport dziekanatu studiów licencjackich na Harvardzie zawiera niezwykle szczere podsumowanie presji napędzającej zjawisko zawyżania ocen, sporządzone na podstawie rozmów z kadrą akademicką.
Studenci, którzy w czasach szkolnych nigdy nie otrzymali przeciętnej oceny, stali się bardziej pewni siebie i chętnie odwołują się od każdej, która odbiega od ideału.
Wykładowcy na Harvardzie obawiają się, że młodzież będzie unikać zajęć u surowszych profesorów, co mogłoby zaszkodzić ich własnej karierze naukowej. Dostrzegają również, że władze uczelni kładą coraz większy nacisk na studenckie ankiety oceny zajęć dydaktycznych na koniec semestru. To z kolei stanowi dla akademików dodatkową zachętę, by za wszelką cenę przypodobać się swoim "klientom".
Według raportu Harvard od dekady "napomina kadrę akademicką, by pamiętali o tym, że niektórzy studenci trafiają na studia gorzej przygotowani od innych, że część z nich zmaga się z trudną sytuacją rodzinną lub innymi wyzwaniami… a niemal wszyscy cierpią z powodu stresu". Naukowcy, którzy wystawiają im słabe oceny, nie zawsze mieli pewność, czy uniwersytet "stanie za nimi murem".
Swoją rolę odgrywa tu również zmieniająca się moda w metodyce nauczania - projekty grupowe są znacznie trudniejsze do obiektywnego zweryfikowania niż tradycyjne egzaminy. Niektórzy wykładowcy wykorzystują popularne metody, takie jak rezygnacja z tradycyjnych stopni czy nauka oparta na umowie, gdzie studenci otrzymują najwyższe oceny po prostu za wykonanie wszystkich zadanych prac.
Sztuczna inteligencja na uczelniach. Pragmatyzm czy kapitulacja?
Na to wszystko nakłada się teraz sztuczna inteligencja, która umożliwia ściąganie na masową skalę. Z badania opublikowanego w marcu przez think-tank HEPI wynika, że aż 94 proc. brytyjskich studentów korzysta z AI przy pracach podlegających ocenie. Około 12 proc. przyznało się do bezpośredniego wklejania wygenerowanego tekstu do swoich prac zaliczeniowych, co oznacza gwałtowny wzrost z zaledwie 3 proc. w 2024 roku. Niemal połowa studentów kierunków ścisłych oraz jedna czwarta studentów nauk humanistycznych uważa, że treści stworzone przez sztuczną inteligencję otrzymałyby w ich dziedzinie dobrą ocenę.
Jak wynika z badań opublikowanych w maju, w Ameryce w roku akademickim 2023/2024 około dwie trzecie studentów uniwersytetów publicznych korzystało ze sztucznej inteligencji, a szacunkowo 9 proc. używało jej do ściągania. Skala oszustw była najwyższa - jak na ironię - wśród studentów ekonomii (17 proc.) oraz dziennikarstwa (16 proc.). - Obecnie te liczby są z pewnością znacznie wyższe - uważa Igor Chirikov z Berkeley, jeden z autorów badania.
Na razie oszukiwanie po prostu się opłaca. W kolejnym badaniu, opublikowanym w zeszłym miesiącu w formie artykułu roboczego, dr Chirikov przeanalizował pół miliona ocen wystawionych w latach 2018-2025 przez jeden z dużych uniwersytetów w Teksasie. Odkrył, że od premiery ChatGPT pod koniec 2022 roku liczba najwyższych ocen na kursach wymagających umiejętności, w których AI radzi sobie świetnie, takich jak pisanie tekstów czy kodowanie, gwałtownie wzrosła. Odsetek "piątek" (ocen A) w tych przedmiotach skoczył aż o 13 punktów procentowych, czyli o około 30 proc. w stosunku do poziomu wyjściowego. Co istotne, badacz nie stwierdził podobnego skoku ocen z przedmiotów, w których czatboty są raczej mało przydatne.
Akademicy mają nikłą wiarę w narzędzia do wykrywania tekstów napisanych przez AI, a przy tym bardzo wiele do stracenia w przypadku postawienia niesłusznych oskarżeń o oszustwo. - Nie można zakazać narzędzia, którego znajomości jednocześnie wymaga się od nas w procesie nauczania - zauważa dr Chirikov.
Wielu wykładowców wraca więc do tradycyjnych, nadzorowanych egzaminów (w czasie pandemii popularność zyskały testy, które studenci mogli rozwiązać w domu w ciągu 24 godzin). To jednak może napotykać opór ze strony władz uczelni, na których barkach spoczywa obowiązek znalezienia sal i personelu do przeprowadzenia rzetelnie kontrolowanych egzaminów.
U niektórych sztuczna inteligencja wywołała po prostu poczucie rezygnacji. Coraz częściej wykładowcy wzruszają ramionami i mówią, że studenci być może nie potrzebują już silnych podstawowych umiejętności, skoro i tak duża część ich przyszłej pracy będzie polegać na poprawianiu tego, co wygeneruje AI. To jednak nie jest pragmatyzm - to kapitulacja.
Tekst przetłumaczony z "The Economist" © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji.