Polska nieuchronnie zmierza w stronę hydrologicznej ściany. W upalnym lipcu gościem Patrycjusza Wyżgi w programie "Didaskalia" był przyrodnik i hydrolog Piotr Bednarek. Ekspert bezlitośnie wypunktował archaiczne metody zarządzania wodą w naszym kraju, udowadniając, że jako państwo od lat sami potęgujemy niszczycielskie skutki suszy.
Najważniejsze tematy rozmowy:
Zatrważające statystyki: ekspert udowadnia, że znajdujemy się na krawędzi wodnego ubóstwa, a polskie rzeki i studnie wysychają na naszych oczach.
Krytyka wielkiej retencji: hydrolog przekonuje, że budowa sztucznych zbiorników zaporowych pogłębia suszę w dolinach, zamiast ją leczyć.
Instytucjonalny chaos: ekspert punktuje urzędnicze absurdy "Wód Polskich", które jedną ręką próbują ratować ekosystemy, a drugą je betonują i przekopują.
Proste recepty: gość apeluje o natychmiastowe zasypywanie rowów melioracyjnych i docenienie darmowej pracy bobrów.
Polska dysponuje zapasem wody na poziomie zaledwie 1600 metrów sześciennych na mieszkańca rocznie. W obliczu potężnej fali upałów lata 2026 r. gość programu nie ukrywał powagi sytuacji. - Na tyle dużo (mamy wody - przy.red.), że jeszcze nie jest to problem dotykający każdego z nas, ale na tyle mało, że zaczyna to być już problem, który od lat dotyka rolnictwo - diagnozował sytuację Piotr Bednarek. Hydrolog zaznaczył, że wieloletni, ujemny bilans wodny bezpowrotnie pustoszy krajobraz, co najlepiej widać na Wiśle. - W całym korycie są po prostu wielkie, odsłonięte łachy piasku - relacjonował na chłodno.
Miliony topione w betonie
Szczególnie ostro w wywiadzie wybrzmiała krytyka państwowego zarządzania środowiskiem. Gość wytknął instytucjom, takim jak Wody Polskie, potężną hipokryzję i realizowanie działań, które wzajemnie się znoszą. - Na przykład Wody Polskie pochwaliły się ostatnio informacją, że przeznaczą w najbliższych latach 76 milionów złotych na renaturyzację rzek - argumentował z ironią ekspert. Od razu jednak zestawił te deklaracje z faktem, że instytucja planuje niemal równolegle wybudować potężny zbiornik zaporowy w Wielowsi Klasztornej na Prośnie. - W tym samym czasie planują przeznaczyć miliard złotych - punktował drastyczne dysproporcje w wydatkach.
Hydrolog zauważył, że budowa sztucznych tam wcale nie rozwiązuje problemu braku wody. Gigantyczne akweny działają często jak wielkie parowniki, z których woda znika, doprowadzając do wysychania sąsiadujących rolniczych terenów, co widać między innymi na przykładzie zbiornika w gminie Radomyśl nad Sanem. - Ta woda nie wraca już nigdy z niego do rzeki, ponieważ odparowuje z dużej tafli wody - ostrzegał gość. Jak twierdzi ekspert, całkowity brak logiki widać też w codziennych, rutynowych pracach drogowo-wodnych finansowanych przez państwo. - Wody Polskie remontują jaz, który piętrzy poziom wody w danej rzece o metr i tę samą rzekę pogłębiają o metr na odcinku 20 kilometrów. Te działania absolutnie wykluczają się nawzajem - ripostował Bednarek.
Darmowa praca bobrów
Co zatem uratuje nas przed całkowitym wyschnięciem? Naukowiec zaproponował radykalne, w stu procentach naturalne ucięcie problemu u źródła. Podkreślił, że zamiast pompować miliardy w retencję i beton, w pierwszej kolejności musimy przestać spuszczać wodę z obszarów chronionych. - Powinniśmy rowy zasypać - postulował krótko odnośnie rowów melioracyjnych w lasach i parkach narodowych.
Zdaniem eksperta państwo powinno wreszcie zacząć szanować i chronić darmową pracę środowiska. Najlepszymi ratownikami polskich zasobów wodnych są bobry, z którymi urzędnicy systemowo toczą jednak przegraną, absurdalną walkę. - Musiały rozebrać bobrowe tamy, żeby wyremontować jaz, który nie piętrzy wody - opisywał państwowe paradoksy hydrolog. Zwierzęca inżynieria jest bowiem pod każdym względem skuteczniejsza od ludzkiej. - Bo jeszcze do tego bobrowa tama piętrzy więcej wody i naturalnie miała w sobie wbudowaną przepławkę dla ryb - tłumaczył Bednarek. Odnosząc się do rolników, którzy narzekają na zalane przez zwierzęta pola, zaapelował o głęboką zmianę filozofii rolniczych dotacji. Zamiast płacić za niszczenie tam, system powinien opłacać ich trwanie. - Ta woda zatrzymana przez bobry, jej wartość nawet wyliczona czysto monetarnie zazwyczaj będzie większa niż utracone przez zalanie części pola, wartość zbiorów zboża przez kilka lat - podsumował prezes Fundacji Wolne Rzeki.
Zabójcze temperatury
Kryzys wodny to nie tylko puste koryta, ale też drastyczny spadek jakości tego, co w nich zostało. Aktualne pomiary przerażają naukowców. - Parę dni temu woda w Sanie miała 32,5 stopnia Celsjusza. I to nie żadna woda przy powierzchni nagrzana od słońca w ciągu dnia, tylko woda normalnie w nurcie - alarmował gość, wyjaśniając, że w takich warunkach rzeki tracą zdolność samooczyszczania, a ryby umierają z przegrzania. Konsekwencje poniosą też ludzie pijący wodę ze źródeł powierzchniowych. - Idziemy w kierunku jakiejś poważnej katastrofy - podsumował ostro hydrolog.
Zobacz, o czym jeszcze rozmawiamy:
Polska jak Egipt? Poznaj zaskakujące statystyki, które obalają mit naszego bezpieczeństwa hydrologicznego.
Kto niszczy Wisłę pod osłoną prawa? Odkryj, jak legalne pobieranie piasku z dna zabiera wodę rolnikom z okolicznych wsi.
Katastrofa wielkich kopalni. Dowiedz się, w jaki sposób odkrywki węgla brunatnego zamieniają serce kraju w suchą sawannę.
Studnie, które nigdy się nie odnowią. Kto bez kontroli wypompowuje na pola wodę, która gromadziła się w ziemi przez tysiące lat?
Wojny o zasoby. Posłuchaj, dlaczego polityczne konflikty wokół zapór na Nilu mogą być wstępem do globalnej walki o przetrwanie.
Powyższy tekst to jedynie skrót rozmowy - obejrzyj nagranie, by poznać pełny kontekst i wszystkie argumenty gościa.
Dziennikarka Wirtualnej Polski. Absolwentka dziennikarstwa na Collegium Civitas, obecnie studentka politologii na Uniwersytecie Warszawskim. Z mediami związana już od czasów liceum. Sądeczanka na emigracji w Warszawie.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości