
0:00
Sadownicy spryskują je środkami przeciw szkodnikom. W magazynach pryska się je środkami konserwującymi. Chemiczne środki ochrony roślin są też na produktach „eko”. Jak myć owoce, by się ich pozbyć? I czy można w ogóle pozbyć się ich całkiem?
Michał Rolecki
Lato, czyli truskawki, maliny, czereśnie oraz poziomki i jagody. Bywają i wcześniej, importowane z cieplejszych krajów, jednak to nie to samo. Nic nie dorówna smakowi krajowych owoców, choćby dlatego, że jesteśmy właśnie do ich smaku przyzwyczajeni.
Żeby jednak trafiły na nasz stół w dobrym stanie, rolnicy muszą stosować środki ochrony roślin przeciw chwastom, szkodnikom i patogenom. Gdy owoce zostaną zebrane trafiają przeważnie do chłodni, gdzie również traktowane są preparatami biobójczymi (tym razem głównie przeciw grzybom: pleśniom i drożdżakom). Z całym tym bogactwem trafiają do supermarketów i lokalnych warzywniaków.
Żeby pozbyć się tych związków trzeba, jak twierdzi wiele źródeł w internecie: moczyć w wodzie z octem, moczyć w wodzie z sodą, moczyć przez kwadrans w czystej wodzie, dokładnie myć przez dwie minuty pod bieżącą wodą.
Otóż nie, nie trzeba uciekać się do żadnych specjalnych sposobów. Oczywiście, owoce warto umyć, ale ze względu na ewentualny brud i bakterie.
Nie na pestycydy. Bo ich tam po prostu nie ma.
Parszywa dwunastka
Amerykańska organizacja ekologiczna Environment Working Group co roku ogłasza „parszywą dwunastkę” („dirty dozen”). Są to produkty rolne o największej zawartości pestycydów. W tym sezonie są to w kolejności: szpinak, jarmuż, truskawki, winogrona, nektarynki, brzoskwinie, czereśnie, jabłka, jeżyny, gruszki i borówki amerykańskie. Tyle że to zestawienie dotyczy rynku amerykańskiego (oparte na danych tamtejszego Departamentu Rolnictwa, USDA).
W Stanach Zjednoczonych przepisy dotyczące żywności są bardziej liberalne, a stosowanie środków chemicznych bardziej powszechne. To rozległy kraj, a w produkcji żywności specjalizuje się kilka stanów. Dwa z nich, Kalifornia i Floryda, dostarczają prawie 90 procent owoców (jak podaje USDA ). Zanim żywność trafi z amerykańskiej farmy na stół, pokonuje przeciętnie nawet 1500 mil, czyli 2400 kilometrów (twierdzi „Connect for Climate” , ale podobne szacunki podaje wiele innych źródeł).
Średnia odległość od farmy do stołu jest w Europie o połowę niższa, przy czym zawyżają ją takie produkty jak oliwa z oliwek, czy pomarańcze (oraz oczywiście warzywa i owoce importowane z południa na północ poza sezonem). Krajowe owoce i warzywa pokonują częściej kilkadziesiąt niż kilkaset kilometrów.
Co najważniejsze jednak w Unii Europejskiej są dużo ostrzejsze przepisy dotyczące dopuszczalnej zawartości pestycydów w żywności.