RAK
    Trzaskowski nigdy nie doświadczał takiego kryzysu. Ale wielki kryzys też może być szansą [OPINIA]

    Trzaskowski nigdy nie doświadczał takiego kryzysu. Ale wielki kryzys też może być szansą [OPINIA]

    2100 odsłon
    Trzaskowski nigdy nie doświadczał takiego kryzysu. Ale wielki kryzys też może być szansą [OPINIA]

    Można już wręcz zaryzykować tezę, że Trzaskowski nigdy nie znajdował się w tak głębokim kryzysie politycznym w całej swojej publicznej karierze. Umiejętność przetrwania takiego kryzysu, podniesienia się z niego i pójścia dalej często jest tym, co definiuje prawdziwego politycznego przywódcę. Czy tak będzie w wypadku prezydenta Warszawy? - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.

    Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

    W piątek Rafał Trzaskowski ogłosił, że przyjął dymisję od dwóch wiceprezydentek Warszawy – Renaty Kazanowskiej i Aldony Machnowskiej-Góry. Wielu komentatorów od dawna spekulowało, że prędzej czy później dojdzie do tych dymisji. Skala nieprawidłowości w podległym miastu szpitalu okazała się tak wielka, że ktoś wysoko postawiony musiał ponieść tego konsekwencje.

    To nie żart. Wyliczyli jej emeryturę. Lepiej usiądźcie

    Choć żadna z dwóch odwołanych stołecznych polityczek nie była szczególnie rozpoznawalna ogólnopolsko, to ich odejście z ratusza to trzęsienie ziemi w warszawskiej polityce. Zwłaszcza Kazanowska była uważana za szczególnie bliską współpracowniczkę prezydenta, sprawującą nadzór nad codziennym zarządzaniem miastem. Obie dymisje pokazują, jak poważne są skutki afery szpitalnej, która zaczęła się od publikacji oświadczenia majątkowego jednego radnego dzielnicowego.

    Można już wręcz zaryzykować tezę, że Trzaskowski nigdy nie znajdował się w tak głębokim kryzysie politycznym w całej swojej publicznej karierze. Umiejętność przetrwania takiego kryzysu, podniesienia się z niego i pójścia dalej często jest tym, co definiuje prawdziwego politycznego przywódcę, co oddziela polityka zdolnego grać o naprawdę najwyższe stawki od całej reszty peletonu. Czy tak będzie w wypadku prezydenta Warszawy?

    Trzaskowski nie może już powiedzieć "mam jeszcze Warszawę"

    Owszem, Trzaskowski przechodził już wcześniej przez ciężkie polityczne momenty. Rok temu startując z pozycji faworyta, przegrał wybory z Karolem Nawrockim – kandydatem, który w momencie, gdy zaczynał kampanię, traktowany był jako wielka pomyłka prezesa Kaczyńskiego.

    W kampanii Trzaskowski popełnił w dodatku cały szereg błędów, które mogły kosztować go zwycięstwo. Nieudolnie spróbował przesunąć się w prawicowo-ludową stronę, w czym okazał się równie wiarygodny jak Pan Młody w "Weselu" Wyspiańskiego - poeta z dobrej krakowskiej rodziny przebierający się w chłopski strój i zachwalający siłę i godność "piastowskiego" stanu włościańskiego. Katastrofą okazała się wyprawa do Końskich i próba organizacji tam debaty już w pierwszej turze z Karolem Nawrockim.

    Nawet po drugiej porażce w wyborach prezydenckich Trzaskowski mógł powiedzieć: mam jeszcze Warszawę. A to politycznie naprawdę dużo. Warszawa to spora europejska metropolia, duże, zamożne, dynamicznie rozwijające się miasto w coraz bardziej atrakcyjnym miejscu Europy. To organizm miejski z większą liczbą mieszkańców niż kilka państw Unii Europejskiej. Zdolny polityk z wizją może wykorzystać miasto z takim potencjałem, by zbudować międzynarodową rozpoznawalność. W końcu żyjemy w czasach, gdy burmistrzowie – jak Zohran Mamdani z Nowego Jorku – potrafią być globalnymi politycznymi gwiazdami.

    Teraz jednak Trzaskowski nie ma już żadnego miejsca, do którego może się wycofać tak jak mógł do stolicy po dwukrotnie przegranych wyborach prezydenckich. Jeśli jego polityczny projekt posypie się w Warszawie, to zostanie politycznie z niczym. By się posypał nie trzeba nawet referendum odwoławczego. Wystarczy, by afera szpitalna zdefiniowała do końca kadencji obraz Trzaskowskiego i sparaliżowała jakąkolwiek inicjatywę prezydenta stolicy na jej drugą połowę.

    Lider musi przejść przez pustynię

    Dlatego Trzaskowski musi być gotowy do bardzo zdecydowanych ruchów, by nie dopuścić do tego scenariusza. Musi pokazać wyborcom, że jeśli nawet miasto miało fundamentalny problem z zarządzaniem podległymi sobie placówkami, z "koryciarstwem" i niejasnymi sieciami interesów, to prezydent Warszawy jest teraz gotów wszystko to uprzątnąć – jakie by nie były polityczne koszty takich porządków nawet dla jego najbliższych współpracowników.

    Problem w tym, że Trzaskowski nie odwołał wiceprezydenta Tomasza Menciny, który sprawował właścicielski nadzór nad szpitalem będącym epicentrum całej afery – co stawia pytanie, czy naprawdę odpowiedzialność poniosły osoby, które ją najbardziej ponieść powinny.

    Oczywiście, opozycji – od Razem przez część aktywistów miejskich po PiS i Konfederację – żadne działania Trzaskowskiego w sprawie afery nigdy nie zadowolą. Opozycja tak długo, jak to będzie politycznie żarło, będzie się teraz domagać głowy Trzaskowskiego, a także Marcina Kierwińskiego i Donalda Tuska. Trzaskowski ma jednak ten komfort, że w samej Warszawie ciągle jest popularny i ma tu jeszcze pewien kredyt zaufania.

    Obecna sytuacja jest też okazją dla prezydenta Warszawy by zaznaczyć swoją podmiotowość partii i zamknąć usta wszystkim, którzy przekonują, że najważniejszym politykiem KO w mieście nie jest prezydent Warszawy, ale szef warszawskich struktur KO, Marcin Kierwiński.

    Jeśli Trzaskowski przetrwa kryzys szpitalny, to może się to okazać doświadczeniem na nowo definiującym go jako polityka. Bo polityk, by zasiąść przy najważniejszym stole, nie może iść od sukcesu do sukcesu, musi sprawdzić się w kryzysie, doświadczyć politycznego odpowiednika "przejścia przez pustynię".

    Kaczyński na takiej politycznej pustyni znajdował się prawie dekadę, między 1993 a 2001 rokiem. Zanim powstało PiS, Kaczyński najpierw nie był w stanie wejść ze swoją poprzednią partią, Porozumieniem Centrum do Sejmu w wyborach 1993 r., a następnie utracił nad nią kontrolę i funkcjonował w Sejmie w latach 1997-2001 jako faktycznie szeregowy poseł i generał bez armii. Drugą pustynię Kaczyński pokonać musiał w latach 2010-15, między katastrofą smoleńską a zwycięstwem Andrzeja Dudy, gdy KO wzięło całą władzę w państwie, PiS przegrywał kolejne wybory, a eksperci coraz częściej formułowali tezę, że bez zmiany Kaczyńskiego PiS na zawsze pozostanie już "niewybieralny".

    Przed nieudaną kampanią w 2025 r. Trzaskowski nigdy nie miał doświadczenia takiego kryzysu. Bo o porażkę w 2020 r. nikt nie miał do niego pretensji, powszechnie uważano, że zebrał wtedy kapitał, który pozwoli mu zawalczyć o przywództwo w PO – Trzaskowski przespał jednak ten moment. I być może ten brak doświadczenia kryzysu, realnej politycznej walki o życie był tym, co nie przekonało części wyborców do prezydenta Warszawy rok temu.

    Tusk ma tę przewagę, że jest weteranem pustyni

    Oczywiście na pustyni można też zginąć – także tej politycznej. I choć trudno sobie dziś wyobrazić, by z jej powodu Trzaskowski nie dokończył kadencji, to już scenariusz, w którym afera osłabia prezydenta Warszawy tak bardzo, że po zakończeniu kadencji zostanie mu tylko polityczna emerytura w Parlamencie Europejskim, można sobie jak najbardziej wyobrazić. Co ostatecznie zamknęłoby spekulacje o Trzaskowskim jako przyszłym następcy Tuska.

    Premier także walczy o polityczne przetrwanie. Afera ma coraz wyższe polityczne koszty i może razem z kilkoma innymi czynnikami oznaczać utratę władzy przez obecną koalicję za rok. A tym razem Tusk nie przeczeka raczej kolejnych rządów PiS na eksponowanym stanowisku Brukseli, z którego wygodnie można wrócić do krajowej polityki. Patrząc na mocno zachowawczą, pozbawioną konkretów i decyzji personalnych piątkową konferencję Tuska, można by odnieść wrażenie, że prezydent Warszawy lepiej sobie radzi na razie z kryzysem niż Tusk.

    Warto jednak pamiętać, że Tusk jest weteranem politycznej pustyni. Tak jak Kaczyński po klęsce PC, tak Tusk po klęsce Kongresu Liberalno-Demokratycznego w wyborach w 1993 plątał się na politycznej pustyni do początku nowego wieku. Tak jak Kaczyński był w stanie wygrywać walki o najwyższe stawki i podnosić się po wydawałoby się nieodwracalnych porażkach.

    Co sprawia, że odpowiadając na pytanie, kto długoterminowo lepiej poradzi sobie z aferą szpitalną – Kaczyński czy Trzaskowski i Tusk – rozsądnym byłoby nie lekceważyć premiera. Zwłaszcza że żyjemy w czasach hiperpolitycznego wzburzenia, gdzie opinia publiczna bardzo łatwo unosi się algorytmicznie wzmocnionym oburzeniem, by za chwilę zmienić jego obiekt. I choć afera szpitala odwołuje się do codziennych doświadczeń milionów Polek i Polaków i jest największym politycznym kryzysem dla całej KO w obecnej kadencji, to za rok wybory mogą być też o czymś innym.

    Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.

    Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

    Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era