
0:00
Polsko-polska wojna o pociski do Patriotów przekazane Ukrainie zakończyła się najgorzej, jak mogła – ujawnieniem tego, jak bardzo zmalało polskie wsparcie udzielane walczącemu z Rosją krajowi. Polska klasa polityczna zachowała się tak, jakby grała według scenariusza prosto z Kremla
Witold Głowacki
Podczas wtorkowej konferencji prasowej bardzo z siebie dumny wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił całemu światu, że od 2024 roku Polska w zasadzie tylko udaje, że jeszcze pomaga Ukrainie sprzętowo i materiałowo. Był to motywowany bardzo doraźną polityką wewnętrzną – a także zwykłym politycznym tchórzostwem – dyplomatyczny i wizerunkowy samobój.
Polska sama i na własne życzenie, przez nikogo (poza politykami prorosyjskiej prawicy) głośno o to niepytana, ogłosiła, że jej wojskowe wsparcie dla walczącego z Rosją kraju stało się w trakcie ostatnich 2,5 roku jedynie iluzoryczne. Będzie to miało daleko idące skutki – nie tylko, jeśli chodzi o pozycję Polski we wszelkich rozmowach o ewentualnym zakończeniu wojny i przyszłości regionu, ale także w polityce krajowej.
Z hukiem upadł mit, w który chcieli wierzyć wszyscy, w tym najwięksi krytycy Ukrainy i udzielanego jej przez Polskę wsparcia – ten mianowicie, że nasz kraj wciąż ponosi znaczne wyrzeczenia na rzecz walczących na froncie Ukraińców. Rząd postanowił bowiem wykazać czarno na białym, że to po prostu nieprawda.
10 razy mniej – jak to dumnie brzmi!
„Łączny koszt zrealizowanych donacji na rzecz Ukrainy to 16,45 mld zł, z czego w latach 2024-2026 wartość wyniosła 1,55 mld zł, co stanowi 9,4 procent całej kwoty” – informował na konferencji Kosiniak-Kamysz.
Oznacza to, że za rządów obecnej koalicji przekazaliśmy Ukrainie sprzęt i amunicję o łącznej wartości zaledwie 362 mln euro. W dodatku i to nie oddaje skali różnic. Bo wśród sprzętu przekazanego Ukrainie za rządów PiS było kilkaset (nawet łącznie do ok. 1000) czołgów i wozów bojowych. Był to sprzęt mocno wysłużony (posowieckie czołgi T-72 i ich modernizacje PT-91 oraz BWP, a także czołgi Leopard II kupione od Niemców z drugiej ręki), więc księgowo bardzo nisko już wyceniany. Realna wartość tej pomocy w krytycznym momencie wojny była jednak trudna do ocenienia. Sprzęt był w pełni funkcjonalny i gotowy do natychmiastowego użycia. Został zresztą doskonale użyty – najpierw do powstrzymania „walca” rosyjskiej ofensywy, a następnie do spektakularnych ukraińskich kontruderzeń w obwodach charkowskim i chersońskim.
Jeśli chodzi jednak o wsparcie sprzętowe i militarne z tych obecnych czasów – nie da się go nawet porównywać z tym udzielonym Ukrainie w trakcie 2 pierwszych lat wojny. I to nawet po uwzględnieniu nieujętych przez szefa MON świadczeń logistycznych, komunikacyjnych (np ok 80 mln euro wydanych od początku wojny na sponsorowane przez Polskę ukraińskie Starlinki) czy paliwowych (bo Orlen jest istotnym dostawcą paliw dla ukraińskich pojazdów wojskowych, choć absolutnie nie za darmo).
Jakby tego było za mało, rząd postanowił również ujawnić excelowską tabelę, w której pieczołowicie rozpisano poszczególne typy przekazanego uzbrojenia i ich księgową wartość. Z tej tabeli wynika przede wszystkim to, że nasza pomoc w trakcie pierwszych dwóch lat wojny przewyższała dziesięciokrotnie tę udzieloną w kolejnych latach. Potem jeszcze kolejni przedstawiciele rządu chwalili się na przykład, że podczas gdy za rządów PiS Polska przekazała Ukrainie 44 donacje sprzętowe, to za rządów obecnej koalicji było ich jedynie 5.
Polityczne przedszkole dla mniej bystrych dzieci
Wtorek 6 lipca był dniem, w którym ważni polscy ministrowie publicznie i bez żenady chwalili się tym, że po przejęciu władzy od PiS zakręcili kurek z pomocą dla Ukrainy znacznie mocniej, niż zrobił to Donald Trump po przejęciu władzy od Joe'go Bidena. O ile bowiem amerykańska pomoc sprzętowa dla Ukrainy zmalała od tego momentu wyraźnie, o tyle nie dziesięciokrotnie. Amerykanie są zresztą na tyle rozsądni, by się do ujawniania realnych różnic nie posuwać. Polska – nie.
Logika, która do tego doprowadziła, była rodem z politycznego przedszkola. Zaczęło się od tego, że Marcin Przydacz z Kancelarii Prezydenta oskarżył rząd w demaskatorskim tonie o przekazanie w marcu tego roku Ukrainie pocisków do baterii Patriot. Rząd zareagował niezwykle nerwowo – jakby Przydacz przyłapał go na realnej zbrodni, a nie na przekazywaniu Ukrainie krytycznie ważnego dla obrony ukraińskich miast przed rosyjskimi atakami rakietowymi uzbrojenia. I jakby sam Przydacz te kilka lat temu nie był regularnie orędownikiem udzielania Ukrainie potężnego wsparcia przez rząd PiS, którego był zresztą członkiem. W tym wypadku jednak i Przydacz (razem ze swoim politycznym szefem Karolem Nawrockim) i następnie Władysław Kosiniak-Kamysz (razem z jego politycznym szefem Donaldem Tuskiem) postanowili grać dokładnie pod dyktando Grzegorza Brauna i nacjonalistycznie pobudzonej antyukraińskiej i prorosyjskiej prawicy.
A przypomnijmy, że 2 i 6 lipca doszło właśnie do krwawych w skutkach ataków z użyciem dronów i pocisków balistycznych na Kijów. O ile z dronami ukraińska obrona powietrzna jak zwykle nieźle sobie poradziła, o tyle ze względu na brak pocisków do Patriotów właśnie, pociski balistyczne trafiły w liczne cele w stolicy Ukrainy i na jej obrzeżach powodując łącznie śmierć ponad 60 osób. To jest właśnie miara tego, jak dramatycznie potrzebuje pocisków do patriotów kraj piąty rok broniący się przed rosyjską agresją.
Oskarżenia Przydacza i lęk przed antyukraińskim wzmożeniem w mediach społecznościowych wystarczyły, by rząd postanowił popełnić wizerunkowe samobójstwo, jeśli chodzi o realną skalę jego pomocy dla walczącego z Rosją kraju – i upublicznić tajne dotąd dane.
Ostatecznie na konferencji prasowej Władysław Kosiniak-Kamysz tłumaczył się z przekazania pocisków do Patriotów Ukrainie, tym, że po pierwsze Polska zrobiła to pod naciskiem NATO i Amerykanów, a po drugie, to przekazała Kijowowi jedynie symboliczną liczbę rakiet.
„Na wniosek i prośbę sekretarza Generalnego NATO, dowództwa sił amerykańskich w Europie oraz dowódcy sił połączonych amerykańskich w Europie, po przeprowadzeniu konsultacji z grupą użytkowników, podjęto decyzję o donacji pocisków do systemu Patriot. Przekazana ilość stanowi margines naszych zdolności i w ocenie nie tylko Sztabu Generalnego, ale głównego dowodzącego armii amerykańskiej i sojuszniczej w Europie, nie wpływa na zdolności obrony powietrznej Polski.” – mówił Kosiniak-Kamysz.
Aha, tych przekazanych w marcu pocisków do Patriotów było 5. Słownie: pięć.
Co sami sobie zrobiliśmy?
Skutki tego wystąpienia są rozległe i biją w kilka różnych obszarów – z których każdy należy do tych dla rządu priorytetowych.
Po pierwsze – autodenuncjacja polskiego rządu w tym zakresie nastąpiła dosłownie w przededniu szczytu NATO w Ankarze. Jest to zaś szczyt, na którym Polska domaga się od sojuszników potwierdzenia ich solidarności z krajami wschodniej flanki Sojuszu w obliczu płynących z wielu źródeł doniesień o możliwej zbrojnej prowokacji Rosji wymierzonej przeciwko jednemu z tych państw w tym Polsce. Tymczasem kraj, który publicznie ogłasza, że jego pomoc sprzętowa dla walczącej z Rosją Ukrainy zmalała do żałosnego poziomu 144 milionów euro rocznie, dość wyraźnie mówi swym sojusznikom, jak w rzeczywistości sam postrzega solidarność, zwłaszcza z tymi, którzy najbardziej jej potrzebują.
Po drugie – rząd postanowił ogłosić, że jego pomoc sprzętowa dla Ukrainy jest już jedynie symboliczna dokładnie w apogeum konfliktu o politykę historyczną między Warszawą a Kijowem, w momencie, gdy najważniejsi politycy obu państw prawie porzucili we wzajemnych relacjach kwestie bieżące, oddając się awanturze o UPA i Wołyń.
Polska tę awanturę na każdej linii przegrywa – a teraz podsunęła Kijowowi dodatkowo również bardzo rzeczowy argument, dlaczego właściwie zdaniem Warszawy nie warto się szczególnie przejmować. To pod rozwagę zwłaszcza niezwykle licznym ostatnio zwolennikom prowadzenia wobec Ukrainy twardej i pragmatycznej realpolitik.