
0:00
Światło jest w naszej pracy najważniejsze, bo nie możemy używać lampy błyskowej. Jakbyś użyła flesza przy dziecku urodzonym w 16. tygodniu, to prześwietlisz je na wylot. Te ciałka są malutkie i kruche. Trzeba być nad wyraz ostrożnym. I odpornym.
Katarzyna Karpińska
Wysłuchaj reportażu
– Najgorzej jest, jak przyjeżdżam na miejsce i dziecko jeszcze żyje. Czasami rodzice chcą, żebym była z nimi w chwili odłączania maszyn. Stoją przy inkubatorze, a ja robię zdjęcia. Czekamy, aż umrze. Nawet jeśli zdążyłam obfotografować noworodka za życia, to uważam, że te pośmiertne zdjęcia są dużo ważniejsze. Już bez tych rurek, kabli, wenflonów i plastrów. Wtedy rodzice mogą po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyć, jak wygląda ich dziecko. Wziąć je na ręce, przytulić. Moim zadaniem jest uchwycić dla nich ten moment. Takie zdjęcia są często jedynym potwierdzeniem, że ten mały człowiek istniał. Że to nie był tylko zły sen.
Anna Gwiazda jest kierowniczką dwóch stacji benzynowych w Zagłębiu Rury. Od trzech lat w ramach wolontariatu fotografuje zmarłe noworodki. Towarzyszyła z aparatem już prawie trzystu rodzinom.
– Na Shellu wszyscy wiedzą. Nieważne, czy akurat robię rozliczenie towaru, czy rozmawiam z technikiem, który od tygodnia ma naprawić dystrybutor. Jak alarm zacznie wyć, to muszę jechać. Torbę do szpitala mam zawsze spakowaną. Są w niej czapeczki w różnych rozmiarach, małe serduszka z kamienia, aparat, obiektywy i karta pamięci. Ubranka też są bardzo ważne. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć przynajmniej pieluchę, bo wtedy od razu lepiej wygląda.
Spadła nam z nieba
Paczkę ze zdjęciami swego synka Magda i Kevin otrzymali od Ani tydzień po powrocie z porodówki. Na jednym z nich mały leży na boczku ubrany w body z logiem Borussi Dortmund. Kevin jest ich wielkim fanem. Po porodzie oglądał z Lionem położonym na piersi starcie Borussi z 1. FC Köln. BVB strzeliło gola w ostatniej minucie. Syn Kevina zmarł dwa dni wcześniej.
Magda: – Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że są ludzie, którzy fotografują z własnej woli martwe noworodki, to bym pomyślała „no chory człowiek”. Urodziłam nieżywego Lionka, a dziesięć minut później położna proponuje, że może zamówić dla nas fotografa. Że co?! Byliśmy w szoku. To pytanie zupełnie nie na miejscu! Ja tego nie chciałam, Kevin też był na nie. A położna na to, że dużo osób jest najpierw na nie, a potem żałują i żebyśmy to przemyśleli, bo to jedyna pamiątka po tych chwilach z dzieckiem, jaka nam zostanie. Zgodziliśmy się. Przewieźli nas na inny oddział, z dala od matek z żywymi dziećmi. Zaraz weszła pani Gwiazda, przywitała się z nami i zaczęła fotografować syna.
Było to zarazem dziwne i piękne. Dała nam poczucie, że nasze dziecko nie jest gorsze, bo jest martwe. Kevin: – Mieliśmy w czasie ciąży taki rytuał, że przed wyjściem do pracy kładłem rękę na Magdy brzuchu i życzyłem małemu miłego dnia. W tamten piątek też tak zrobiłem. Czułem pod palcami, że się rusza. To znaczy, że o 8:00 jeszcze żył. Po południu jechałem z narzeczoną na badania prenatalne. Nasz syn miał trochę za małe kości udowe jak na 37. tydzień ciąży, ale to się zdarza. Messi też takie ma. To miało być klasyczne badanie kontrolne przed wcześniejszym wywołaniem ciąży. Lionek miał się urodzić w 38. tygodniu. O 13:30 lekarka stwierdziła, że jego serce nie bije. Płakała razem z nami.
Magda: – Mówią, żeby do 12. tygodnia się nie cieszyć, bo wszystko może się jeszcze zdarzyć. Ale my już byliśmy na końcówce, wszyscy wiedzieli. Z mamą kupiłam małemu wózek, wyremontowaliśmy mu pokój, w szafkach poukładałam ubranka. Powrót do domu był najgorszy. Z tych wszystkich rzeczy materialnych, tylko te zdjęcia były prawdziwym dowodem, że Lionek z nami był. Pani Gwiazda spadła nam z nieba.
Fundacja fotografii pośmiertnej
W Niemczech na dziecko urodzone w wyniku poronienia, zmarłe przy porodzie lub krótko po nim mówi się Sternenkind, w dosłownym tłumaczeniu: dziecko-gwiazda. (Zbieżność z nazwiskiem fotografki jest przypadkowa).
Matthias przeczytał pierwszy raz o Sternenkind-Fotografie w 2014 roku w magazynie „Eltern” (Rodzice), który podsunęła mu żona. Był tam artykuł o bawarskiej fundacji, której wolontariusze fotografują martwe noworodki. Żona Matthiasa, wtedy w 35. tygodniu ciąży, stwierdziła, że może ten temat go zainteresuje, bo sam jest fotografem.
– Nigdy o takim foto-shootingu nie słyszałem. Na co dzień uwieczniam szczęście: sesje narzeczeńskie, śluby, wesela, rozbiegane dzieci w przedszkolach. Trzy tygodnie po tym, jak przeczytałem tekst w „Eltern”, sam szukałem numeru do fundacji fotografów. Mój syn zmarł w łonie matki tydzień przed rozwiązaniem. Potrzebowałem profesjonalisty. Sam nie dałbym rady.
Kai Gebel, założyciel Dein Sternenkind (Twoje Dziecko-gwiazda) osobiście przyjechał do Frankfurtu nad Menem, żeby obfotografować rodzinę Matthiasa. Fundacja działała dopiero rok i wtedy prowadzona była na zasadzie learning by doing.
Kai, z zawodu również fotograf, usłyszał w 2010 roku o amerykańskiej organizacji Now I Lay Me Down to Sleep , która była pionierem w fotografii pośmiertnej noworodków. Też tak chciał. Dziś Dein Sternenkind zrzesza 750 wolontariuszy i wolontariuszek z całych Niemiec i jest według własnych wyliczeń (ilość fotografów dzieci-gwiazd co do wielkości populacji) największą tego typu fundacją na świecie. Tym samym prześcignęło amerykańskie NILMDTS, które od 2005 roku podarowało ponad 80 000 bezpłatnych sesji zdjęciowych rodzicom w potrzebie.
Chcę ich pamiętać jak za życia
– U mojej koleżanki wykryli w późnym stadium ciąży dysplazję szkieletową dziecka. Powiedzieli jej, że nawet jeśli urodzi się żywe, to zaraz potem się udusi i umrze. Koleżanka podjęła decyzję o farmakologicznej indukcji poronienia. Poprosiła mnie, żebym zrobiła im zdjęcia. Fotografowałam już wtedy hobbystycznie, ale nigdy to nie były martwe płody. Miałam tydzień na podjęcie decyzji. Nie podołałam – opowiada Anna Gwiazda. – Czułam, że to są bardzo ważne zdjęcia, ale miałam takie nastawienie, że po śmierci nie chcę nikogo widzieć. Nawet babci i dziadka. Przekonanie: „chcę ich zapamiętać takich jak za życia” brało górę. Potrzebowałam pięciu lat, żeby wysłać swoją aplikację do Dein Sternenkind.
Kto może fotografować dzieci-gwiazdy
Nie każdy może profesjonalnie fotografować martwe noworodki. Bawarska fundacja prowadzi trzyetapowy proces rekrutacyjny. Najpierw wysyłasz zgłoszenie online. Link do oficjalnego formularza aplikacyjnego dostaniesz na maila w ciągu 24 godzin. A w nim: zestaw pytań. Od kiedy fotografujesz? Jaki masz aparat? Jakie obiektywy? Czy posiadasz konwerter i pierścienie pośrednie do makrofotografii? Oceń w skali od 1 do 10 swoje umiejętności w obsłudze programów do obróbki graficznej. Co chciałbyś nam o sobie opowiedzieć? Dlaczego chcesz fotografować dzieci-gwiazdy? Do tego trzeba dołączyć swoje portfolio lub link do strony internetowej.
– Widzisz? – pyta mnie Oliver Wendlandt, obecny szef Dein Sternenkind. – Ona jeszcze nie do końca potrafi robić czarno-białe zdjęcia. Na monitorze komputera pokazuje mi zdjęcie aplikacyjne młodej fotografki. Ciężarna kobieta ustawiona jest pośrodku kadru i trzyma się za brzuch. Ma na sobie czarny t-shirt. Nie widać jej ramion i łokci. Bluzka zlewa się z tłem.
– To nic złego. Poprosimy ją, żeby nam przesłała jakieś inne fotki. Jak też będą złe, to będzie się musiała podszkolić i dopiero wtedy do nas wróci. Ludzie czasami nie rozumieją, jak ważne są w tym przypadku umiejętności techniczne. Masz jeden, jedyny moment, żeby zrobić te zdjęcia. To nie jest fancy studio fotograficzne, gdzie masz tysiąc prób i jak coś nie pójdzie, to się umówisz na kolejną sesję. To jest sala szpitalna, w której rodzice przeżywają swój największy dramat życia. Nie ma wtedy czasu na zastanawianie się, jakie ustawić ISO, czy jaki założyć obiektyw. Światło jest w naszej pracy najważniejsze, bo nie możemy używać lampy błyskowej. Jakbyś użyła flesza przy dziecku urodzonym w 16 tygodniu, to prześwietlisz je na wylot. Te ciałka są malutkie i kruche. Trzeba być nad wyraz ostrożnym. I odpornym. To nie jest wolontariat dla każdego.
Na ostatnim etapie procesu rekrutacyjnego Dein Sternenkind sprawdza prawdziwość fotografii. Parę razy znaleźli w zgłoszeniach stockowe zdjęcia. Jeśli wszystko się zgadza, przechodzą do weryfikacji tożsamości przy użyciu dowodu osobistego. Odbywa się to przez rozmowę wideo z pracownikami firmy zewnętrznej oferującej takie usługi.
Mein Gott, jak ja mam cię sfotografować?
– Przyjęli mnie w czwartek rano, w południe zadzwonił pierwszy alarm, po południu pojechałam do szpitala – mówi Anna Gwiazda.
– Czułaś się przygotowana? – pytam.
– Ani trochę. DSK (Dein Sternenkind) ma własną platformę i ogromne forum, na którym można znaleźć informacje o wszystkich możliwych aspektach takiego dyżuru fotograficznego. Bałam się tego czytać.
– Dlaczego?
– Może pojawiłyby mi się lęki, o których wcześniej nawet nie myślałam. Nie ma co się zastanawiać, ino robić. – W naszej rozmowie Ania miesza polski, niemiecki i śląską gwarę. Przeprowadziła się z rodzicami z Tarnowskich Gór do Niemiec, gdy miała dziewięć lat.
– Jak się czułaś na swoim pierwszym dyżurze?
– Byłam przerażona. Rodziców nie było w pokoju, nie chcieli wspólnych zdjęć. Dziecko leżało samo w łóżeczku. Było wielkości dłoni, urodziło się w 18. tygodniu. Pierwszy raz widziałam tak małego człowieka. No bo gdzie wcześniej? Pomyślałam: „Mein Gott, jak ja mam cię sfotografować?“. Nie wiedziałam, jak je dotknąć, jak ułożyć.
– Jak jest teraz?
– Teraz to nawet wolę, jak rodziców nie ma. Jest spokojniej. Dla nich strata dziecka to jest Massaker (masakra), są w ciężkim stanie, różnie reagują. Niektórzy są w histerii, inni w ogóle się nie odzywają. Muszę wyczuć, jaka jest atmosfera. Jak wchodzę, to mówię, że jestem Anna i że mówimy do siebie na „ty”. To jest bardzo intymna sytuacja i takie „panowanie” mi do tego nie pasuje. Zwykle jestem jedyną osobą oprócz personelu medycznego, która może poznać to dzieciątko. To wielki przywilej. Jeśli rodzice są w miarę komunikatywni, to chwilę gadamy, podpisują mi zgodę na zrobienie fotografii i zaczynam. Zawsze rozmawiam z dzieckiem. Mówię mu, co będę robić albo je o coś proszę.
– O co się prosi martwego noworodka?
– Mówię na przykład: „proszę tak trzymać tę rączkę”. Jak czuję, że rodzice są skłonni do rozluźnienia atmosfery, to trochę żartuję albo schimpfuje (ochrzaniam).
– Jakie żarty pasują do takiej sytuacji?
– Szukam u każdego bobasa czegoś charakterystycznego. Jedno dziecko miało bardzo długiego palucha u stopy, to spytałam: „po kim to ma?”. I wtedy matka mówi, że to po mężu. Na ich twarzach pojawił się lekki uśmiech. Widzę, jak rodzice nagle zaczynają wchodzić ze sobą w zupełnie inną interakcję. Albo próbuję ułożyć dziecko na kocyku i jemu rączka co rusz spada, to mówię: „halo, proszę mi zostawić tutaj tą rączkę na sekundę, żebym mogła zrobić zdjęcie”. I wtedy się śmiejemy.
Jak ciało obce
Matthias: – Potrzebowałem dwóch lat, żeby poczuć, że jestem gotowy na wolontariat. Ból po stracie syna ciągle we mnie jest, ale nauczyłem się z nim żyć. Dziś wiem, że on daje mi siłę. Chcę być przy rodzicach martwych noworodków i ofiarować im taką pamiątkę, jaką i ja dostałem od Kaia. Ja nie fotografuję martwego płodu. Nie fotografuję pary z dzieckiem. Ja fotografuję rodzinę. Ta dwójka – bo taka konstelacja jest najczęstsza – właśnie została mamą i tatą.
Fakt, że za dwa dni wyjdą ze szpitala sami, nie oznacza, że nie są rodzicami. Do serca wziąłem sobie za cel zintegrować ojców z sytuacją, która ma miejsce w pokoju poporodowym. Oni albo sami budują skorupę, albo są od razu wsadzani w rolę komunikacyjno-organizacyjną. A przecież taki ojciec też właśnie stracił dziecko. Też nie wie, co się dzieje. Co ma ze sobą zrobić. A z dzieckiem? To już w ogóle! Z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn boi się dotknąć swojego noworodka. Jak tylko mogę, to próbuje ich zachęcić. Mówię: „a połóż tutaj dłoń koło jego dłoni”. I cyk. A potem proponuję: „a może przytrzymasz mu stópkę”. I cyk. Mężczyźni też nie są przyzwyczajeni, żeby być fotografowani. Zwykle to kobiety są inicjatorkami. „Chodź, zrobimy sobie fotkę tu, chodź zrobimy sobie selfie tam”. A tu nagle wydarza się sytuacja na pierwszy rzut oka niedorzeczna. Facetowi zmarło ledwo narodzone dziecko, a inny facet chce go z nim fotografować. Wszyscy czujemy się w tej sytuacji jak ciało obce. Ale ta sytuacja taka jest i jedyne, co można w niej zrobić, to być proaktywnym.
Jak masz żyjące dziecko, to zrobicie sobie zdjęcie na wspólnej wyprawie w góry, czy jak uczysz go jeździć na rowerze. Z nieżyjącym noworodkiem jedynie co aktywnie możesz zrobić to właśnie te zdjęcia. I nie ma się co bać dotyku. Mówię takiemu tatusiowi: „to twoje dziecko i to jedyna okazja, żeby poczuć, że on naprawdę tu jest”. W odpowiedzi słyszę: „boję się, że mu coś zrobię”. Jak czuję, że mogę sobie na to pozwolić, to układam palce w cudzysłów i mówię: „chłopie, tu już nic nie można popsuć”.
Przecież to nie było dziecko
Dagmar Weimer, jest od 34 lat położną , od 29 psycholożką i od 16 terapeutką w grupie samopomocowej dla rodziców dzieci-gwiazd. Na początku swojej drogi zawodowej, gdy pracowała tylko na porodówce, robiła dla rodziców zdjęcie dziecka Polaroidem. – Te zdjęcia nie były zbyt ładne i szybko blakły. Teraz dzięki fotografom i fotografkom, którzy są w tym wyspecjalizowani, rodzice mogą otrzymać naprawdę piękną pamiątkę. Dzieci-gwiazdy czasami rodzą się z różnymi zniekształceniami ciała, które doświadczony fotograf ukryje podczas sesji zdjęciowej. Posiadanie wizualnie estetycznej fotografii dziecka może wesprzeć proces przeżywania żałoby. Nie chodzi o to, żeby te dzieci specjalnie upiększać, tylko żeby zniwelować rodzinie ból. Oni kochają swoje dziecko niezależnie od tego, czy miało szramę na buzi, czy nie. Jednak zdjęcie, na którym widać miłość, chętniej postawią na kominku między fotkami z wakacji. A to bardzo ważne. Nie tylko dla nich samych, ale dla ich środowiska. Ludzie często nie wiedzą, jak rozmawiać z rodziną, która doświadczyła poronienia lub ich dziecko wcześnie zmarło. Nie zadają pytań, zmieniają temat, albo co gorsza mówią: „przecież to nie było dziecko”. „Było! Zobacz, jakie miało piękne stópki”. Te zdjęcia to ich dowód na istnienie.
Jak kobieta urodzi żyjące dziecko, to od razu słyszy: „O jak wspaniale! Gratuluję! Pokaż mi zdjęcie. Jaka słodka!“. Rodzice dzieci-gwiazd tego nie słyszą. A to bardzo by im pomogło. Gdy prowadzę kursy dla położnych, to zawsze im mówię: „proponujcie im fotografa, a jak są już w domu, to pytajcie, czy chcieliby wam pokazać te zdjęcia“. To jest dla nich ogromne wsparcie, że ktoś się interesuje.