RAK
    "To był szalony pomysł". Paweł Podolski podbił festiwale swoim filmem o wampirach

    "To był szalony pomysł". Paweł Podolski podbił festiwale swoim filmem o wampirach

    991 odsłon
    "To był szalony pomysł". Paweł Podolski podbił festiwale swoim filmem o wampirach

    Maja Czech: Twoje filmowe korzenie są w Trójmieście. To dla nas bardzo ważne, bo lubimy przypominać, że wielu utalentowanych twórców zaczynało właśnie tutaj. Jak Gdańsk i Gdynia wpłynęły na Twoją filmową drogę?

    Paweł Podolski: Wszystko zaczęło się w Gdyni, bo tam poszedłem do szkoły filmowej. To właśnie tam nauczyłem się wszystkiego, co umożliwiło mi start w tym zawodzie. Nie miałem żadnych powiązań z branżą filmową, więc ta szkoła była dla mnie pierwszym miejscem, które otworzyło drzwi do świata filmu. Nauczyłem się nie tylko podstaw rzemiosła, ale też poznałem ludzi z branży, a te kontakty okazały się niezbędne.

    Wcześniej studiowałem kulturoznawstwo w Gdańsku i to też był ważny etap. Tam nabrałem takiej humanistycznej ogłady, uczyłem się ciekawości świata, ludzi i tego, jak funkcjonują społeczne mechanizmy. Myślę, że te dwa miejsca, Gdańsk i Gdynia, były dla mnie punktami wyjścia, które bardzo mnie ukształtowały.

    Czy są jakieś konkretne miejsca na mapie Trójmiasta, które szczególnie zapisały się w Twojej pamięci?

    Szczerze mówiąc, szkoła filmowa była wtedy całym moim światem. Ale wcześniej, w Wejherowie, chodziłem na zajęcia teatralne i to był moment, kiedy odkryłem, że w życiu można coś tworzyć, że w ogóle istnieje taka przestrzeń jak kreacja. W Gdyni bardzo ważne były dla mnie też miejsca związane z kinem - nieistniejący już Klub Filmowy, który miał znakomitą selekcję repertuaru, czy nieodżałowane kino “Neptun” w Gdańsku, do którego wpadałem. Tam spotykałem innych kinomanów, ludzi myślących podobnie.

    Dziś sam uczysz przyszłych filmowców. Jak udaje Ci się łączyć wykładanie z reżyserią?

    Najważniejsza jest dla mnie reżyseria i scenariopisarstwo, to mój główny zawód. Na uczelni jestem wykładowcą, nie naukowcem, nie prowadzę badań ani doktoratu, po prostu uczę. I bardzo to lubię. Kontakt ze studentami daje mi ogrom energii, inspiruje. Czasem nawet więcej biorę od nich niż oni ode mnie. (śmiech)

    Ale pogodzenie tego z pracą reżysera nie jest proste. Za tydzień zaczynam zdjęcia do nowego filmu, więc przez kilka tygodni nie będę mógł prowadzić zajęć. Na szczęście uczelnia wykazuje duże zrozumienie, a studenci mają ze mną potem podwójną dawkę zajęć w styczniu i lutym.

    Brzmi jak prawdziwa misja edukacyjna.

    Tak to trochę traktuję. To duża satysfakcja, kiedy mogę komuś pomóc, zainspirować, przekazać coś z własnego doświadczenia. Młodzi ludzie są pełni energii, nie przyjmują „nie” jako odpowiedzi, zawsze szukają sposobów, żeby coś obejść. To bardzo inspirujące i często działa w obie strony.

    Wspomniałeś już o zdjęciach do nowego filmu, ale cofnijmy się jeszcze do Twojego pełnometrażowego debiutu. Jak wyglądała droga do „Życia dla początkujących”?

    Dość klasycznie, choć z małym zwrotem akcji. Po szkole zrobiłem trzydziestominutowy film w Studiu Munka, a później próbowałem zadebiutować pełnym metrażem. Miałem dwa projekty, oba dostały dotacje, ale z różnych powodów nie ruszyły z produkcją.

    Z Lynn Kucharczyk, współscenarzystką “Życia dla początkujących”, postanowiliśmy więc napisać coś mniejszego - film, który da się zrealizować w ramach programu mikrobudżetów. I tak powstał ten projekt. Nigdy bym nie przypuszczał, że zadebiutuję w Polsce filmem o wampirach! (śmiech) Miałem dwa inne pomysły, dużo bezpieczniejsze, ale ostatecznie wygrał ten najbardziej szalony.

    Zdjęcie z planu "Życia dla początkujących" Sławomir Podwojski/UG Co było najtrudniejsze w tej drodze do debiutu?

    Przekonanie producentów, żeby zaufali debiutantowi - to zawsze jest trudne. A potem czekanie. Bo w filmie nic nie dzieje się szybko: napisanie scenariusza to jedno, zdobycie finansowania to drugie, a potem przychodzi etap czekania na tzw. „zielone światło”. To potrafi trwać miesiącami, a nawet latami. Trzeba w tym czasie utrzymać się na powierzchni, nie stracić wiary i twórczej energii.

    Skąd wziął się - jak sam przyznałeś - „szalony” pomysł na film o wampirach w domu spokojnej starości?

    Z lęku. Z bardzo ludzkiego lęku, że nie potrafimy przeżyć życia w pełni, że coś nam umyka. Zastanawialiśmy się, jak opowiedzieć o tym przez bohatera filmowego. I wtedy pomyśleliśmy o kimś, kto ma nieograniczone zasoby życia. Wampiry mają tego życia aż za dużo, więc to był przewrotny, trochę ironiczny wybór.

    Dom spokojnej starości był naturalnym kontrastem - jeśli bohaterka ma życia w nadmiarze, to umieszczamy ją wśród tych, którym czasu zostało już niewiele. To też metafora lęku przed starością, przemijaniem.

    Autograf Karol Wożbiński, PISF Film sprawnie balansuje między humorem a refleksją. Na jakim etapie pracy ustaliliście proporcje między nimi?

    To ciekawe pytanie. My z Lynn mamy podobną wrażliwość - śmiejemy się z tych samych rzeczy, ale też poruszają nas te same tematy. Patrzymy na świat przez pryzmat komediodramatu - pół na pół śmiechu i powagi. To, co w życiu trudne, często sąsiaduje z tym, co zabawne. I staramy się, żeby w filmie było podobnie.

    Jak układała się wasza współpraca przy scenariuszu?

    Świetnie! Mamy podobny styl pisania, więc potrafiliśmy pracować zmianowo - ja pisałem rano, Lynn po południu. Dziś już nie pamiętamy, kto napisał którą scenę (śmiech). Konfliktów właściwie nie było, bo wszystko wypracowywaliśmy wspólnie od pomysłu aż po treatment. Teraz zresztą zaczynam reżyserować film oparty na jej autorskim scenariuszu, a już myślimy o kolejnym wspólnym projekcie.

    To chyba duet skazany na sukces - “Życie dla początkujących” zdobyło uznanie na festiwalach filmowych. Czy zaskoczył was ten sukces?

    Zdecydowanie! (śmiech) Na przykład na OFF Camera w Krakowie prawie nie poszliśmy na galę, bo byliśmy przekonani, że nic nie dostaniemy. Nie mieliśmy nawet przygotowanej przemowy! Nasz film to mała produkcja, mikrobudżet, więc ogromnie nas cieszy, że widzowie reagują z takim entuzjazmem.

    Pamiętam też, że z duszą na ramieniu pokazywałem film na festiwalu kina gatunkowego Splat! Myślałem, że dla fanów gatunku nasz film będzie „za miękki”. A jednak dostaliśmy nagrodę publiczności. To było bardzo miłe zaskoczenie.

    Co dają takie nagrody?

    Motywację, ale też trochę presji. Bo skoro raz się udało, to człowiek zaczyna się zastanawiać, czy następny film dorówna poprzedniemu. Ale to pozytywna presja. Nagrody to taki znak od świata: „dobrze robisz, idź dalej”. No i trochę ułatwiają kolejne kroki - producenci i instytucje patrzą wtedy przychylniej.

    A co powiedziałbyś widzom, którzy jeszcze nie widzieli “Życia dla początkujących”?

    To film, który może trochę rozgrzać serce w te jesienne dni. Mam nadzieję, że widz po seansie spojrzy na siebie łagodniej, z większą życzliwością, może zyska odrobinę odwagi. Bo to film o tym, że wszyscy jesteśmy początkujący. Wszyscy żyjemy pierwszy raz, nikt nie ma doświadczenia, więc warto pozwolić sobie na błędy i czułość wobec siebie.

    Mariusz Rowny/FPFF Paweł Podolski Wychowany nad Bałtykiem reżyser i scenarzysta, absolwent Wydziału Reżyserii Gdyńskiej Szkoły Filmowej oraz Kulturoznawstwa i Wiedzy o Filmie na Uniwersytecie Gdańskim. Jego pełnometrażowy debiut „Życie dla początkujących” zdobył nagrodę główną w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych na Master Card OFF CAMERA 2025.

    "To była lekcja wdzięczności" - Magdalena Różczka o roli kapitanowej w "Heweliuszu"

    Magdalena Różczka w najnowszej produkcji Netflixa wciela się w rolę kapitanowej Jolanty Ułasiewicz. Aktorka przyznała, że możliwość osobistego spotkania z pierwowzorem granej przez siebie postaci to o...


    Źródło: Gdańsk Nasze Miasto (naszemiasto.pl)

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era