
Religijne uniesienia? Uczucia to kiepski fundament dla wiary.
Msza „trydencka” budzi emocje nie tylko w kontekście niedawnych wydarzeń związanych z Bractwem (Kapłańskim świętego) Piusa X. Nie brak i wiernych kościelnemu prawu tradycjonalistów, którym nie podobają się posoborowe reformy tego rytu i wolą chodzić na Mszę sprawowaną według zasad z 1962 roku. W tle oczywiście nie tylko spory o samą liturgię, ale i takie kwestie jak wolność religijna, ekumenizm czy międzyreligijny dialog. To jednak odrębny temat. Owe dotyczące samej tylko liturgii dyskusje też nieraz gorące. Bywa, że ten czy ów w polemicznym zacietrzewieniu posuwa się aż do szyderstw ze świętości. To też jednak zostawmy. Przyjrzyjmy się tylko jednemu z padających ostatnio dość często argumentów, mających przemawiać za wyższością niezreformowanej liturgii. Często powtarzany, nie spotykając należytej odpowiedzi, chyba zaczyna być uważany za pewnik. To stwierdzenia w stylu, że „stara liturgia” przyciąga tych, którzy poszukują sacrum. Nieprawda? Może i tak jest. Spróbujmy jednak zastanowić się, co za takim stwierdzeniem się kryje.
A co do istoty...
Czym w ogóle jest owo „sacrum”? Nastrojowe wnętrza, palące się świece, dym kadzidła, piękne śpiewy? Owszem, w takich okolicznościach łatwiej doznawać odczucia, że jest się otoczony sacrum. Jednak przecież ani owe wnętrza, ani palące się świece, ani dym kadzidła czy piękne śpiewy żadną świętością nie są. Gdy o tym zapominamy łatwo pomylić prawdziwe sacrum z własnym przeżywaniem, z własnymi uczuciami. Przykład? Modna swego czasu muzyka czerpiąca inspiracje z chorału gregoriańskiego. Z mało sensownymi łacińskimi słowami (o ile w ogóle można powiedzieć, że miało to jakikolwiek sens), dobranymi tak, by ładnie brzmiały w melodii. Tak, mogły wprowadzić w podniosły nastrój. Ale czy to jest sacrum?
I coś podobnego dzieje się, gdy mówi się o sacrum Mszy „trydenckiej”, przeciwstawiając ją rytowi zreformowanemu po Soborze Watykańskim II. Istotą sacrum w Eucharystii, w jakim rycie i języku nie byłaby sprawowana, nie są ani wyżej wymienione, ani bogate stroje czy dostojnie poruszający się po prezbiterium kapłan i służba liturgiczna. Z tej racji krzywię się, gdy słyszę wyrażenie „uroczysta Msza święta”, mając nadzieje, że nikt z powodu przymiotnika „uroczysta” nie uważa jej za lepszą. Że mamy do czynienia z prawdziwym sacrum decyduje obecność w liturgii samego Boga. Podkreślmy to: obecność w liturgii samego Boga. Reszta to nasze przeżywanie. Niekoniecznie będące dobrym miernikiem tego, co obiektywnie się dzieje. Można przeżywać oschłość przyjmując Ciało Chrystusa (będąc bierzmowanym też), można wnosić się na wyżyny uniesień słuchając pseudogregoriańskiego bełkotu.
Z posługiwaniem się mszałem z 1962 roku jest jeszcze co najmniej jeden problem: łacina. Brzmi dostojnie, prawda. Sęk w tym, że to dla nas język bardzo obcy. Nie posługujemy się nią na co dzień, nawet nie uczymy się jej w szkole. Co z Mszy po łacinie człowiek rozumie? Na pewno nie więcej niż z Mszy po polsku. Na dodatek posoborowy mszał ma dużo więcej możliwości wyboru tekstów. Także kapitalnych pod względem teologicznym modlitw eucharystycznych. Źle? Lex orandi lex credendi (prawo modlitwy jest prawem wiary). Słuchanie tekstów modlitw Mszy kształtuje (ma kształtować) naszą wiarę. Co ją kształtuje, gdy człowiek nie rozumie co słyszy? W skrajnych przypadkach „hic est enim Corpus Meum” (to jest bowiem Ciało Moje) zamienia się w podobne dla ucha „hokus pokus”.
Nie ma wątpliwości, że liturgia – niezależnie według jakiego mszału odprawiana – powinna być sprawowana tak, by ułatwiać jej uczestnikowi odczucie, że ma do czynienia ze świętością. A więc starannie, bez pośpiechu (także organisty!), z celebransem nie absorbującym sobą, maksymalnie skrytym za tym, co sprawuje. Pięknie przygotowaną od strony wystroju kościoła, ze służba liturgiczną rozumiejącą co się dzieje i pięknymi śpiewami. Ale warto, by także jej uczestnik zadał sobie trud dobrego przeżycia tego, w czym uczestniczy. A pisząc „dobrego” nie mam na myśli tylko aktywnego, w sensie słuchania i uczestniczenia właściwą postawą i słowem tam, gdzie liturgia takie zaangażowanie przewiduje. Myślę o uczestniczeniu w ten sposób, by pomijając to, co zewnętrze, starać się uzmysławiać ciągle na nowo to, co naprawdę stanowi o jej sacrum. I o świętości codziennego chrześcijańskiego życia też. Bo nie chodzi w nim o to, by tylko pobożnie składać ręce do modlitwy (nie każdy kto mi mówi Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego!) i przeżywać, ale przyjmować na co dzień ewangeliczny styl życia. A liturgia uczy tego chyba równie mocno, jak słowa Pisma Świętego.
Na katechezie liturgii
Parę przykładów takich „liturgicznych lekcji”? Ot, najbardziej chyba znana wersja Aktu Pokuty z początku Mszy. „Zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Jak to się ludzie tłumaczą? „Nic nie zrobiłem”. Właśnie: zaniedbaniem. Nic nie zrobiłem. Albo to powtarzanie „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. To nie jest postawa, którą przyjmuje dzisiejszy świata. „Twoja wina”, „wasza wina”. Ja – niepokalaniem czysty jak anioł. No, może z niewartymi czepiania się drobiazgami.
Inny przykład prostota znaków chleba i wina, które stają się dla nas Ciałem i Krwią Chrystusa. Bóg ukrył się dla nas pod postacią najbardziej podstawowego i pospolitego z ludzkich (w tym kręgu kulturowym) pokarmów. Zwyczajny chleb. Z natury łamliwy, łatwo zostawiający przy jedzeniu okruszyny... Wiele to mówi o Bogu, prawda? I zawstydza nas to, gdy zauważam jak ja, człowiek, dbam o to, by było wystawnie. Uspokaja z kolei, gdy toczy się spór o to, czy mogą Go dotykać nie namaszczone przy święceniach ludzkie ręce albo gdy ktoś martwi się o drobne okruszki, które przy rozdawaniu Komunii mogą spadać na posadzkę kościoła... A wino? To przecież nie tylko symbol cierpienia (przez skojarzenie z krwią), ale i radości. Bóg widać nie domaga się wiecznej surowości i postu. Bóg, jak w Kanie Galilejskiej, nie ma nic przeciw zwyczajnym, ludzkim radościom. Sam się w ten znak (podwójny, bo i krwi i radości) wpisał.
Albo te słowa kapłana, które wypowiada tuż przed rozpoczęciem rozdawania Ciała i Krwi Pańskiej: „Błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego (Baranka) ucztę. Toż to cytat z Apokalipsy! Tam odnoszący się nie do Eucharystii, ale uczty zbawionych w niebie. Bo nie tylko na Ucztę Eucharystyczną, ale też na ucztę zbawionych w niebie zostaliśmy wezwani! W tym kontekście czytelnym staje się znak następującej zaraz potem komunijnej procesji: idę. Nie, nie tylko do Stołu Pańskiego. Idę ku niebu. By zamieszkać kiedyś na Nowej Ziemi pod Nowym Niebem. To jest mój dom! Jest tam Chrystus, który poszedł przygotować Mi miejsce! Nie muszę koniecznie klękać. Wszak, zgodnie z obietnicą, nie jestem już niewolnikiem, a synem. A jeśli synem, to i dziedzicem... (kto nie wierzy, niech zajrzy do Ga 4,7 )
Nie ludzką miarą
Dobrze, jeśli Uczta Pańska (najstarsze chyba określenie), Eucharystia, Ofiara Chrystusa, Msza, jest sprawowana z należnym tym obrzędom szacunkiem. Nie szukajmy w niej jednak uniesień, wzniosłych przeżyć. Pamiętajmy o ofiarującym się nam w niej Bogu. Niezależnie od tego, jak podniosłe jest sprawowana. I pamiętajmy, że każda, czy odprawiana o łacinie czy po polsku, nazwana z racji obecności wielu dostojników „uroczystą”, czy w małym wiejskim kościółku w obecności kapłana i trójki wiernych, jest celebracją, w której „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”, „w jedności Ducha Świętego” Kościół (czyli my) wielbi naszego niebieskiego Ojca.
aktualna ocena | | głosujących | | Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |
Tydzień z Wiara.pl
Źródło: Gość Gdański