W czwartek, 23 lipca upłynęło ultimatum, jakie Jarosław Kaczyński postawił politykom PiS, którzy stanęli na czele stowarzyszeń i zostali przez lidera uznani za rozłamowców… – Każda partia, która poniesie porażkę i straci władzę, staje przed prostą alternatywą. Część działaczy mówi, że należy zmienić twarze partii, być może nazwę, bo świat się zmienił, skoro przegraliśmy wybory. I przez zmianę należy dążyć do pozyskania nowych wyborców. Inni – wprost przeciwnie – uważają, że trzeba zewrzeć szeregi, by się nie rozpaść. Rządzący nie będą sobie radzić, a my zbierzemy premię za własną konsekwencję i za ich krytykowanie. Mateusz Morawiecki z pewnością należy do pierwszej z tych grup, tylko czy mu to wyjdzie na zdrowie? – Codziennością polityka w Polsce jest walka o przetrwanie. Każdego dnia od świtu do nocy musi być czujny i gotowy na wszystko. Mateusz Morawiecki był premierem bardzo długo. Także wtedy, gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło tracić poparcie i podejmowało niepopularne dla niektórych grup społecznych decyzje. Twarzą nieudanej fazy rządów tej partii był właśnie Mateusz Morawiecki. Trafił do PiS-u jako ktoś, kto miał być reformatorem partii i otworzyć ją na nowych, wielkomiejskich wyborców, a przynajmniej ograniczyć ich chęć na głosowanie przeciw PiS-owi. Tymczasem musiał bronić zupełnie innej, bardziej radykalnej agendy ugrupowania. A w kontrze do jego rządu przez długi czas socjalizowała się Konfederacja. W efekcie? – W efekcie Morawiecki nie jest dziś nikomu i do niczego potrzebny. Strażnicy „świętego ognia” w partii uważali go za ciało obce, a z radykalnymi ziobrystami był w stanie permanentnej polemiki. A nade wszystko utrudnia relacje z Konfederacją. Najbliższe miesiące to ostatni czas, w którym wszyscy będą pamiętali, iż był premierem. Jest powszechnie rozpoznawalny. Później czeka go los Kazimierza Marcinkiewicza lub w lepszym wariancie Jerzego Buzka. W najgorszym razie status publicysty, jak to jest z Andrzejem Dudą. Ale na razie próbuje pokazać PiS-wi, że lepiej iść z nim i z jego frakcją niż bez niego. – Tyle że Jarosław Kaczyński ma inne plany co do przyszłości partii i personaliów. Który okaże się słabszym ogniwem? – Silniejsze karty ma Jarosław Kaczyński. PiS jest partią dość hermetyczną, nierozumianą przez Polaków poniżej 50. roku życia. Ale dysponuje potężnym klubem parlamentarnym, zasobami organizacyjnymi, władzą w kilku sejmikach i bardzo wielu samorządach niższych szczebli. Nawet przy słabym wyniku PiS otrzyma prawdopodobnie głosy co czwartego wyborcy. Żaden rząd prawicy bez PiS-u nie powstanie. A Mateusz Morawiecki, odchodząc z tej partii znalazłby się w „trójkącie bermudzkim” polskiej polityki – między PiS-em a Platformą. Można przetrwać poza partiami tego duopolu, ale nie między nimi. Morawiecki zostaje jako PiS w wersji soft, jak kiedyś Polska Jest Najważniejsza. Sondaże poparcia nie są dla niego optymistyczne. Są zwyczajnie niskie jak na kogoś, kto jeszcze niedawno był premierem. A co z Jarosławem Kaczyńskim? Jeszcze niedawno nawet polityczni przeciwnicy przyznawali, że ma politycznego nosa i sporo sprytu. Ostatnio pojawiły się porównania do Breżniewa… – W wielu republikach byłego Związku Radzieckiego, w tym w Ukrainie i w Mołdawii Breżniew był wspominany bardzo dobrze. Ałła Pugaczowa śpiewała o nim w telewizji. Za jego czasów rocznie oddawano 600 tysięcy mieszkań. A nawet w czasie wojny w Afganistanie zginęło kilkadziesiąt razy mniej żołnierzy radzieckich niż dziś rosyjskich w Ukrainie. A mówiąc serio, Prawo i Sprawiedliwość po 15 października 2023 zamknęło się, aby utrzymać przy sobie najwierniejszych wyborców. Politycy zostają zakładnikami swoich złotych lat. To widać i po Tusku, i po Kaczyńskim. Po Czarzastym mniej, bo teraz są jego złote lata. Oni próbują powtarzać różne modele działania, które niegdyś przynosiły sukcesy. Bo też obecnie wyborcy niechętnie migrują z partii do partii, a jeśli już, to horyzont zmiany jest bardzo niewielki. Toteż Jarosław Kaczyński próbuje stosować tę metodologię, która przez ćwierć wieku przynosiła mu sukcesy. W przypadku wewnętrznych konfliktów rozgrywa różne frakcje między sobą. I dba, by żadna trwale nie zyskała hegemonii. A jeśli jakieś środowisko konsekwentnie fronduje kierownictwo partii, prezes otwiera w szybkim tempie drzwi i usuwa je z partii. Jego komfortem jest czas. Nawet jeśli notowania PiS są liche, to każdy dzień przybliżający go do kampanii wyborczej przybliża też termin układania list i biorących miejsc na listach. Nie przypadkiem Kaczyński stawia ultimatum właśnie teraz. By politycy sympatyzujący z Morawieckim musieli zadać sobie pytanie: Co mi Morawiecki może dać? Co może dać Kaczyński wiadomo: szansę na bycie posłem, radnym, obecność w przestrzeni organizacyjnej i medialnej PiS. Morawiecki występuje trochę w roli przedstawiciela handlowego, który próbuje namówić na kupno nowego towaru. Tyle że w Polsce i w Europie nie widać dziś koniunktury na prawicę w wersji soft. Takiej sprzed 20-30 lat. Jest koniunktura na prawicę dostosowaną do oczekiwań bardziej sfrustrowanej części wyborców. Więc Morawiecki jest raczej skazany na porażkę. Nie widzimy, kto z tuzów PiS-u lub mocnych nazwisk lokalnych miałby stanąć po jego stronie. Na ile właśnie wyborcom sfrustrowanym po prawej stronie zawdzięczamy wysokie poparcie obu Konfederacji? Według najnowszych sondaży głosów oddanych na nie łącznie może być w wyborach nieco więcej niż głosów za PiS-em. Gdyby to się miało potwierdzić, że PiS dostanie „swoje” 25 procent, a Konfederacje tyle samo z małym ułamkiem, to już jest po wyborach, choć do głosowania pójdziemy dopiero za rok. Na marginesie, PSL pierwszy raz od dawna znalazł się powyżej progu – 5,2 procent. – Ludowcom i Lewicy wzrosło kosztem Platformy Obywatelskiej. W tle jest szpital i kryzys w polityce zdrowotnej i jej finansach. I druga rzecz. Polska polityka wschodnia wyleciała w powietrze. Została obnażona. Okazała się być fastasmagorią pisaną przez politycznych amatorów, którzy nie śledzili, jak wyglądają od lat polsko-ukraińskie relacje ekonomiczne. Jaką politykę historyczną prowadziła Ukraina od czasów Juszczenki z krótką przerwą na Janukowycza. Po stronie koalicji rządzącej formacją, która konsekwentnie przypominała o problemach ekonomicznych i historycznych w relacjach z Ukrainą byli ludowcy. Bo też w dużej mierze ludność wiejska była ofiarą zachodnioukraińskiego nacjonalizmu. Słabość naszej polityki wschodniej to jest także geneza wysokiego poparcia dla Konfederacji? – Źródła sukcesu Konfederacji Mentzena są bardzo liczne, począwszy od stworzenia w Polsce gimnazjów (śmiech), których absolwenci głosowali na Korwin-Mikkego. Po kwestie pokoleniowe związane z PiS-em i przełomem, który się dokonał w Polsce, gdy pojawiły się pierwsze roczniki socjalizowane w naszym kraju już będącym częścią świata zachodniego. Tym, co w sposób szczególny po części budowało Konfederację, ale głównie Grzegorza Brauna, były kwestie stosunków polsko-ukraińskich. Konfederacja zawsze mówiła o nich innym językiem niż pozostałe partie. A Braun wyczuł moment, gdy polska polityka wschodnia się zawaliła i poszedł po premię. Przede wszystkim w matecznikach PiS-u, a więc na Podkarpaciu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce. Ci wyborcy mają w kwestiach ukraińskich inne poglądy także niż warszawsko-krakowskie elity PiS-u. Co jest kluczem do przyszłości prawicy i jej wyniku wyborczego? – Kwestia wojny. Jej zakończenie stworzy nową sytuację. Grzegorz Braun przechwycił wielu rozczarowanych PiS-em wyborców. Ale na pewno po wojnie zmieni się kontekst polityki wschodniej i jej znaczenia. Pojawi się pytanie o akces – lub jego brak – Ukrainy do Unii Europejskiej. Wielu wyborców będzie musiało się zastanawiać od nowa, na kogo głosować, jeśli jeden z głównych czynników mobilizujących do popierania radykalnie prawicowych formacji, czyli wojna, zniknie. To jest ważne pytanie: Co zrobią wyborcy, którzy bali się wciągnięcia Polski w wojnę. I czy pojawi się silnie w kampanii wyborczej kontekst obecności Ukrainy w Unii Europejskiej. Jak może on wpływać na wyborcze zachowania? – Budzi w wielu krajach silne emocje, a w Polsce będzie je budził w sposób szczególny. Ekonomii będzie towarzyszył background silnych historycznych dośwaidczeń. Pojawią się takie kwestie jak rynek rolny – pszenica i owoce miękkie, cement, przemysł stalowy i rynek transportowy. To są tykające bomby zegarowe. Do tego dochodzi polityka historyczna Ukrainy. Pytanie, kto na tym skorzysta. To będzie jakieś nowe rozdanie. Zależy, jak karty się przetasują. Czy PiS zdoła co najmniej utrzymać swoją pozycję, czy też na kanwie przedłużającej się wojny Braun i Konfederacja będą w elektoracie PiS-u łowić. Dzisiaj dodane do siebie sondażowe wyniki partii prawicowych wystarczają do wygrania wyborów i to z zapasem. – Jest jeden ważny czynnik. On się okazał kluczowy w wyborach prezydenckich. Elektorat koalicji rządzącej KO i Lewicy na pewno stawi się przy urnach. To są te grupy społeczne, które uczestniczą w wyborach. Natomiast wyborcy Konfederacji są w dużej części sytuacyjni. Jest wśród nich ponadstandardowy odsetek ludzi młodych. Oni się dopiero socjalizują politycznie, łatwo zmieniają preferencje. Niekoniecznie stawiają się przy urnach. Przy wyborze obecnego prezydenta zdecydowała zdolność do mobilizacji takich właśnie wyborców. Młodych i w wieku średnim, niezainteresowanych na co dzień polityką. Widziałem to na własne oczy w wyborczy wieczór w Warszawie. Zawsze po 19.00 w miastach ponad stutysięcznych następował gwałtowny przyrost liczby wyborców. Przede wszystkim Platformy Obywatelskiej i Lewicy. Przy głosowaniu na prezydenta też taka erupcja frekwencji nastąpiła. Ale to byli zupełnie inni wyborcy. Młodsi wiekiem i niekoniecznie z tych grup społecznych, które głosują na obóz liberalny. W wyborach parlamentarnych nie musi być dokładnie tak samo. – Można pokładać nadzieję, że wyborcy KO i Lewicy – bo tylko te ugrupowania mają szansę na serio wejść do Sejmu – nie zwiodą. Oni zagłosowali na Trzaskowskiego, który miał w liczbach bezwzględnych imponujący wynik. Zawiedli stratedzy, którzy nie docenili zdolności organizacyjnych wykorzystanych przeciwko KO i Tuskowi. Po stronie prawicowej równolegle będą się prawdopodobnie mnożyły podziały i dezorientacje. Niektóre grupy społeczne – jeśli nie zostaną sprowokowane jakimiś decyzjami rządu – niekoniecznie będą bardzo silnie zmobilizowane przeciwko niemu. Wszystkie te czynniki sprawiają, że będziemy prawdopodobnie w sytuacji fifty-fifty, czyli zdarzyć się może w nadchodzących wyborach dokładnie wszystko. Jest jeszcze jeden czynnik niepewności. Co ma pan profesor na myśli? – Paradoksalnie, stabilność naszego systemu partyjnego. W 2015 roku około 12 procent głosów oddano na partie, które nie weszły do Sejmu. Przy podziale mandatów wedle modelu D’Hondta stawały się one w praktyce głosami na zwycięzcę, czyli w tym przypadku na PiS. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość przy stosunkowo niskim wyniku – 38 procent poparcia miało stabilną większość w Sejmie. Lepszą niż w 2019, gdy wygrało dużo wyraźniej. Dopóki KO jest liderem w sondażach, to gdyby znalazły się jeden lub dwa komitety w stylu Partii Razem, a być może i Brauna, które dostałyby istotny statystycznie wynik, ale nie weszły do Sejmu, będzie to KO premiowało. A gdyby Lewicy udało się przeskoczyć któryś z komitetów skrajnie prawicowych, to zwiększałoby to bardzo wyraźnie możliwości uzyskania mandatów przez ugrupowania należące do koalicji rządzącej. Wracam raz jeszcze na prawą stronę sceny politycznej. PiS, walcząc o elektorat z Konfederacjami zaostrzył retorykę antyukraińską. Wielu ekspertów jest zdania, że może to przynieść partii Kaczyńskiego efekt odwrotny do zamierzonego. Bo część wyborców wybierze raczej partie Mentzena lub Brauna niż ich taktyczną „podróbkę”. – Jeśli chce się być wielką partią i wygrywać, to trzeba być w centrum. Nie chodzi o centrum ideologiczne idealnie wypośrodkowane, by można zawrzeć koalicję z każdym. Chodzi o bycie blisko średniej poglądów w społeczeństwie. Po obnażeniu naszej polityki wschodniej średnia poglądów w społeczeństwie przesunęła się mocno w stronę nastrojów bardziej sceptycznych, gdy chodzi o relacje polsko-ukraińskie. Zareagowała na to także Koalicja Obywatelska, wysyłając PSL do boju, żeby był bardziej wiarygodny. Zareagowało także Prawo i Sprawiedliwość. Zwłaszcza, że to ono sprowadziło do Polski termin – stworzony bardziej przez polityków liberalnych i lewicowych – polityki historycznej. Nawet zmieniło w tę stronę ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. PiS w wyborach prezydenckich stracił bardzo dużo na rzecz Grzegorza Brauna. Trochę także na rzecz Konfederacji. Prawo i Sprawiedliwość, kontynuując politykę braku polityki wobec Ukrainy, traciłoby dalej. Kolejne segmenty ich wyborców nie rozumiałyby, dlaczego na politykę Kijowa ich partia ma odpowiadać taką samą polityką, jaką prowadzi Koalicja Obywatelska albo nawet mniej asertywną. PiS znalazł się trochę w sytuacji bez alternatywy. Bardzo duży odsetek wyborców PiS – w takich bastionach tej partii jak Stalowa wola czy Biłgoraj – to są potomkowie uciekinierów przed UPA, którzy i po dotarciu do nowych miejsc zamieszkania musieli się bać lokalnych aktów terroru. I to wpływa na politykę. Jak wspomniałem i PiS-u, i koalicji rządzącej. Prezydent Ukrainy zapowiedział otwarcie archiwów w swoim kraju i zwiększenie liczby zgód na prace badawcza i ekshumacyjne na Wołyniu i Podolu. – Zełeński zaproponował aspirynę na nowotwór. To się nie odnosi tak naprawdę do żadnego z problemów. To nie są ukraińskie tylko radzieckie archiwa. Pojawiły się już głosy, że może za tym pójść narracja o tym, iż zbrodni też nie dokonali Ukraińcy tylko sowiecki aparat partyjny. – Spiskowe teorie dziejów mają swój urok, ale w większości wypadków ostatecznie okazują się być odrażającymi kłamstwami. Ale to nie jest obnażenie Zełeńskiego. To przede wszystkim obnaża polskie elity. Bo ten problem nie zaczął się wczoraj. To Juszczenko wprowadził kult UPA na poziom państwowy. To był wcześniej lokalny folklor obecny w trzech obwodach zachodniej Ukrainy. A to polskie elity w dużym stopniu doprowadziły Juszczenkę do władzy, ordynarnie łamiąc przy tym ówczesną ukraińską konstytucję. I jeszcze byliśmy z tego bardzo szczęśliwi. Juszczenko okazał się kompletnym nieudacznikiem. Na drugim Majdanie Polska zupełnie nie reagowała na instytucjonalizację kultu UPA i wszelkiej maści nazistowskich kolaborantów. Już w czasie wojny, gdy polskie społeczeństwo i państwo na różne sposoby solidaryzowały się z Ukraińcami i realnie wspierały obronę Ukrainy, tam w dalszym ciągu trwał festiwal marszów i rocznic, w których za bohaterów narodowych uznawano pacyfikatorów polskich wsi czy powstania warszawskiego. Zełeński robi to, co każdy polityk, czyli gra. Musi obsługiwać klientelę europejską, utrzymywać skomplikowane relacje z administracją Trumpa, która najchętniej zakończyłaby tę wojnę, bo lobby przemysłowo-naftowe bardziej zainteresowane jest Bliskim Wschodem i walką z Chinami. I własnych wyborców na Ukrainie – umiarkowany elektorat, często rosyjskojęzyczny, ale też ten skrajnie nacjonalistyczny na zachodniej Ukrainie, który głosował na Poroszenkę. Nie dziwmy się, że zmienia poglądy. Czytaj też: Polityczny poker prezydenta Arkadiusza Wiśniewskiego. To może być droga bez powrotu
Odważne komentarze, unikalna publicystyka , pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania Artykuł Wojna w PiS. Kaczyński ma karty, Morawiecki jest raczej bez szans pochodzi z serwisu Opolska360 .
Źródło: Opolska360