
W niedzielnym wypadku poszkodowanych zostało sześć osób, w tym czteroletnie dziecko. Choć 58-letni kierowca autobusu tuż po zdarzeniu zgłaszał policjantom awarię układu hamulcowego, eksperci badający wrak wskazują na zupełnie inny, techniczny scenariusz. Kilometr grozy: Silnik pracował na pełnych ob
Trwa wyjaśnianie okoliczności dramatycznego wypadku przy Dworcu Zachodnim w Warszawie, gdzie przegubowy autobus linii 186 staranował kilkanaście pojazdów i wjechał w przejście podziemne. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przyczyną katastrofy mogła być rzadka i skrajnie niebezpieczna usterka elektroniki.
W niedzielnym wypadku poszkodowanych zostało sześć osób, w tym czteroletnie dziecko. Choć 58-letni kierowca autobusu tuż po zdarzeniu zgłaszał policjantom awarię układu hamulcowego, eksperci badający wrak wskazują na zupełnie inny, techniczny scenariusz.
Zanim ważący około 20 ton pojazd uderzył w betonowy strop przejścia podziemnego pod Rondem Zesłańców Syberyjskich, przejechał blisko kilometr, siejąc zniszczenie.
Według nieoficjalnych ustaleń dziennikarzy śledczych TVN Warszawa, we wraku pojazdu doszło do awarii tzw. nadajnika pedału przyspieszania.
Komputer pokładowy, w wyniku błędu elektronicznego czujnika położenia, otrzymywał stały sygnał, że pedał gazu jest wciśnięty do samej podłogi. Sterownik silnika stale pompował więc paliwo, generując maksymalną moc.
Pracownicy techniczni oraz śledczy sprawdzają obecnie, dlaczego kierowca nie zdołał okiełznać rozpędzonej maszyny za pomocą systemów bezpieczeństwa. Kluczowe będzie ustalenie, czy w trakcie kilometrowego rajdu użyto hamulca ręcznego (postojowego), zlokalizowanego po lewej stronie kokpitu.
Ostateczną odpowiedź na pytanie o to, co dokładnie działo się w kabinie i dlaczego zawiodły procedury awaryjne, da szczegółowa analiza zabezpieczonych nagrań z monitoringu oraz odczyt danych z czarnej skrzynki (rejestratora jazdy) autobusu.
fot. TVN Warszawa
Źródło: WPR24.pl (Gazeta WPR)