
Marek Mikołajczyk — Współczynnik dzietności w Polsce spadł do rekordowo niskiego poziomu 1,07. W 2060 r. może nas być 26,7 mln. – O 38-milionowym kraju możemy zapomnieć – mówi Zero.pl prof. Grażyna Firlit-Fesnak. Jej zdaniem najwyższa pora zmienić myślenie o rodzinie. – W ostatnich latach nastąpiła
Współczynnik dzietności w Polsce spadł do rekordowo niskiego poziomu 1,07. W 2060 r. może nas być 26,7 mln. – O 38-milionowym kraju możemy zapomnieć – mówi Zero.pl prof. Grażyna Firlit-Fesnak. Jej zdaniem najwyższa pora zmienić myślenie o rodzinie. – W ostatnich latach nastąpiła deprecjacja rodziny jako wartości. Głównie pod wpływem neoliberalnej koncepcji wyzwolenia jednostki – dodaje ekspertka.
Na zdjęciu prof. Grażyna Firlit-Fesnak (fot. Shutterstock)
Marek Mikołajczyk, Zero.pl: Polska znika z mapy Europy?
Grażyna Firlit-Fesnak**, profesor nauk społecznych, politolog z Katedry Polityki Społecznej na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert ds. polityki rodzinnej, migracyjnej i demograficznej:** Nie, absolutnie nie znika. Jesteśmy jednym z najliczniejszych europejskich krajów. Chcielibyśmy ten status zachować.
Chcielibyśmy, ale czy jesteśmy w stanie?
I tu zaczyna się problem. Przyzwyczailiśmy się, że po II wojnie światowej w Polsce rosła liczba ludności. Lata 50. XX wieku były dla nas czasem wzmożonej reprodukcji. Ludzie odczuwali potrzebę tworzenia rodzin – odbudowywania tego, co zostało zniszczone przez wojnę. Przez ponad 30 lat z krótkimi przerwami – mniej więcej od lat 50. do połowy lat 80. – mieliśmy wysoki wskaźnik dzietności i dodatnie saldo przyrostu naturalnego. Krótko mówiąc: Polaków z roku na rok znacznie przybywało.
I nagle coś się popsuło.
Zaczynaliśmy dekadę lat 80. ze współczynnikiem dzietności na poziomie 2,28, czyli optymistycznym wskaźnikiem gwarantującym nieznacznie rozszerzoną zastępowalność pokoleń, a kończyliśmy już z jego wartością 1,99, czyli wartością niezapewniającą prostej zastępowalności pokoleń.
I to już powinien być sygnał alarmowy dla polityki publicznej państwa polskiego wstępującego w erę transformacji systemu politycznego i ekonomicznego – wiele elementów tej polityki powinno być ukierunkowane na wspieranie rozwoju rodziny i kształtowanie polityki społeczno-gospodarczej poprawiającej stabilność ekonomiczną Polaków po trudnych latach życia w gospodarce niedoborów w latach 80. XX wieku.
Wchodziliśmy w etap wolnej Polski.
Wstępowaliśmy w nowy etap z nadzieją na wolność, poprawę trudnej sytuacji ekonomicznej kraju i gospodarstw domowych, prorodzinną politykę społeczną.
Tymczasem proces transformacji systemu politycznego i ekonomicznego w Polsce w latach 90. został podporządkowany skrajnie liberalnej koncepcji przebudowy państwa, która przyniosła kilkumilionowe bezrobocie i marginalizację społecznej funkcji państwa.
Pewność pracy jako gwarant socjalistycznego państwa przeszła do historii, zaś osłonowe wsparcie publiczne państwa daleko odbiegało od standardów bezpieczeństwa socjalnego. Państwo wycofało się lub ograniczyło swoją obecność w organizowaniu i finansowaniu usług związanych z opieką nad dzieckiem, ochroną zdrowia, a wiele usług socjalnych uległo komercjalizacji.
Te czynniki miały ogromny wpływ na decyzje o założeniu czy rozwoju rodziny i posiadaniu dzieci. W latach 90. współczynnik dzietności – czyli przeciętna liczba dzieci, które średnio rodzi kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego – obniżył się do 1,37. Ten trend spadkowy – przy niewielkich wahaniach – utrzymuje się przez ćwierć XXI wieku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2025 r. współczynnik spadł do rekordowo niskiego poziomu – 1,07.
O 38-milionowym kraju możemy zapomnieć?
Oczywiście, to nie ulega wątpliwości. Pokazują to prognozy GUS. Gdybyśmy wzięli pod uwagę nawet najbardziej optymistyczny wariant zakładający, że współczynnik dzietności wzrośnie w Polsce do poziomu 1,7, to i tak liczba ludności spadnie w 2060 r. do 34,8 mln osób. I to pod warunkiem, że wydłuży się średnia długość życia i będziemy mieli do czynienia z wysoką imigracją do Polski oraz minimalną emigracją z naszego kraju.
Pozostałe dwa scenariusze prognozują o wiele głębszą dynamikę depopulacji ludności Polski. Scenariusz średnich wskaźników dzietności na poziomie 1,3 zakłada, że w 2060 r. liczba ludności w naszym kraju zmniejszy się do 30,9 mln osób.
Z kolei gdyby współczynnik dzietności utrzymał się na obecnym poziomie – w okolicach 1,1–1,2 – to do 2060 r. liczba ludności Polski spadłaby do ok. 26,7 mln osób.
Ale powiem panu, że to i tak nie są najgorsze prognozy. Według znanych mi szacunków Banku Światowego dotyczących zmian w rozwoju ludności całego świata, Polska jest sytuowana jako jeden z najbardziej wyludniających się krajów. W 2100 r. nasz kraj – biorąc pod uwagę utrzymanie obecnych wskaźników – liczyć ma tylko 19 mln osób. To także realna perspektywa na przyszłość potencjału ludnościowego Polski.
Na grafice współczynnik dzietności w Polsce na przestrzeni lat. Pokazuje średnią liczbę dzieci, które średnio rodzi kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego. (fot. GUS)
Znamy diagnozę, pora na receptę. Ma pani poczucie, że nasz rząd robi cokolwiek, by tej katastrofie zapobiec?
Absolutnie nie. Wydaje mi się, że od lat problemy demograficzne są głównie przedmiotem zainteresowania ekspertów, czasem dziennikarzy, ale nie polityków. To trudny temat, nie widać sukcesów od razu, nie jest tak łatwo się wykazać. Po co więc marnować na to czas, skoro katastrofy nie będzie widać z dnia na dzień?
Od lat działa przy premierze Rządowa Rada Ludnościowa, której historia sięga jeszcze 1974 r., kiedy było widać już pierwsze delikatne symptomy zahamowania powojennego tempa wzrostu ludności. W 2025 r. Rada Ludnościowa opublikowała raport, który szeroko diagnozuje naszą sytuację – od życia rodzinnego, przez ochronę zdrowia, migrację, warunki życia osób starszych, aż po rynek pracy. Znamy więc bardzo dobrze sytuację. Co więcej, eksperci sformułowali wiele propozycji przeciwdziałania tej sytuacji. I co? I nic.
Żyjemy w kraju o niestabilnej strukturze politycznej. W ciągu 35 lat mieliśmy 21 rządów i każdy z nich miał inną koncepcję na prowadzenie polityki społecznej, gospodarczej, a nawet stricte polityki rodzinnej. Nie ma programów długofalowych, wszystko, co zrobili poprzednicy, ich następcy chętnie wyrzucają do kosza, marnując czas i publiczne pieniądze na konstruowanie nowych programów i strategii, które w większości nie zdążą być zrealizowane w krótkiej kadencji danego rządu. A tak się nie da osiągnąć sukcesu w polityce demograficznej.
Programy pronatalistyczne muszą obejmować działania długofalowe, międzyresortowe, z kilkoma wariantami strategii działania uwzględniającymi wiele zmiennych o charakterze ekonomicznym, politycznym, kulturowym.
Program „Rodzina 500 plus” ostał się po rządach Prawa i Sprawiedliwości. Tylko na demografię nie wpłynął.
To prawda, trudno go uznać za program demograficzny, choć wskaźnik dzietności na samym początku jego realizacji nieco poszedł w górę. Niemniej był to bardzo dobry pomysł, który zwrócił uwagę na sedno problemu – wsparcie dla rodzin musi istnieć, musi być systematyczne i skierowane do wszystkich rodziców w wieku prokreacyjnym. To jest coś, czego przed 2016 r. nie było.
Jeśli spojrzymy na kraje, w których wskaźniki dzietności są na lepszym poziomie – Francję, Wielką Brytanię i niektóre państwa skandynawskie – to zobaczymy cały wachlarz świadczeń społecznych. Musimy mieć więc świadomość, że obecny system wsparcia dla rodzin w Polsce jest dalece niewystarczający.