
Piotr Sarmini — Bilet w jedną stronę, zero planu B – tak zaczyna się moja podróż na koniec świata. Między Warszawą a Manilą, nad chmurami i w szumie pokładowych ekranów, rozpoczyna się opowieść o ucieczce, decyzjach bez odwrotu i próbie odnalezienia sensu w świecie pełnym rozproszeń.
Warszawa – stolica Polski i województwa mazowieckiego, najludniejsze miasto w kraju.
Manila – stolica Filipin, położona na wyspie Luzon, przy ujściu rzeki Pasig do Zatoki Manilskiej, licząca razem z przedmieściami ponad 24 miliony mieszkańców.
Za oknami Boeinga 707 oddalająca się, malejąca Polska – z jej polami i krętymi drogami. Lecę w kierunku Manili z przesiadką.
„Człowieku – co ty odj***łeś?” – myślę, patrząc na oddalającą się Polskę. I chcę zawracać, wbiec do kabiny pilota i krzyknąć: „Panie pilocie, dziura w samolocie – zaszła pomyłka! Na Modlin, na Chopina! Przecież ja tu nie wytrzymam!”.
Lecę sam, do pracy, na drugi koniec świata, na roczny kontrakt. Chcę wstać, ale dwóch Chińczyków blokuje mi przejście swoim chrapaniem, więc zostaję na dup*** i włączam odcinek Simpsonów na multimedialnym ekranie Boeinga 707.
Można by się tu raczyć szampanem podczas dwóch ośmiogodzinnych lotów czy piwskiem, jak ci dwaj obok pośnięci, ale odmawiam stanowczo, bo przecież nowe miejsce to nowe życie, wzorce, tożsamość. Przerażają mnie ci, co w Kairze śpiewają tak jak w Juracie.