RAK
    Od służącej do milionerki. Niezwykła historia matki Donalda Trumpa

    Od służącej do milionerki. Niezwykła historia matki Donalda Trumpa

    1900 odsłon
    Od służącej do milionerki. Niezwykła historia matki Donalda Trumpa

    Mr. Y — Mało jest matki w opowieściach Trumpa. Ojciec, Fred, owszem: wynoszony na ołtarze, hołubiony przy każdej okazji. To on nauczył go biznesu. Pokazał jak negocjować, jak zarabiać, jak wycisnąć z Nowego Jorku co się da. Mary Anne MacLeod przewija się sporadycznie, jakby od niechcenia

    Mało jest matki w opowieściach Trumpa. Ojciec, Fred, owszem: wynoszony na ołtarze, hołubiony przy każdej okazji. To on nauczył go biznesu. Pokazał jak negocjować, jak zarabiać, jak wycisnąć z Nowego Jorku co się da. Mary Anne MacLeod przewija się sporadycznie, jakby od niechcenia. Do życia prezydenta USA wniosła jednak więcej niż tylko ekstrawagancką fryzurę.

    Rodzina na zdjęciu

    Jedno z ostatnich zdjęć Trumpa z matką. (fot. Davidoff Studios Photography / Getty Images)

    • Donald Trump chętnie i często mówi o ojcu i wpływie, jaki na niego wywarł. Matka przewija się głównie podczas anegdot o... fryzurze.
    • Mary Anne McLeod pochodziła z biednej rodziny. Do Ameryki wyemigrowała w dniu osiemnastych urodzin. Trump wstydzi się tego punktu w jej życiorysie: media długo przekonywał, że przypłynęła ze Szkocji na wycieczkę.
    • Jej życie zmieniło się po poznaniu Freda, ambitnego, surowego dewelopera, który dorobił się milionów na powojennym boomie mieszkaniowym.
    • Pozostali małżeństwem do jego śmierci, przez 63 lata.
    • Trump rzadko i niezbyt chętnie mówi o wpływie matki na swoje życie. Co nie oznacza, że był znikomy.

    Latem 1930 roku, gdzieś na Upper East Side na Manhattanie, 18-letnia Mary Anne MacLeod ścierała kurz ze srebra w jadalni jednej z najbogatszych kobiet Ameryki. Louise Whitfield Carnegie – wdowa po stalowym królu, mieszkająca w czterdziestopokojowym pałacu przy Piątej Alei – zatrudniała służbę z całego świata. Lubiła młode Szkotki: były grzeczne, pracowite, a przy tym mówiły płynnie po angielsku. Poza tym, ze Szkocji pochodził też przecież jej mąż, Andrew.

    Mary Anne do Nowego Jorku ściągnęły siostry. W wiosce Tong, na wyspie Lewis, gdzieś na peryferiach Szkocji, bliżej Islandii niż Londynu, perspektyw nie było żadnych. Uciekali wszyscy, uciekła i ona: przy pierwszej okazji, gdy tylko osiągnęła pełnoletność. Nie zdążyła zdmuchnąć świeczek z tortu, gdy znalazła się na pokładzie RMS Transylwania płynącego z Glasgow.

    Jako najmłodsza z dziesięciorga rodzeństwa, nie musiała przecierać żadnych szlaków. Ale i tak podejmowała ogromne ryzyko.

    Mary Anne McLeod na zdjęciu z 1932 roku. Miała wówczas 20 lat (fot. Getty Images) (fot. Mirrorpix / Getty Images)

    Ostatnie takie wydarzenie

    W kieszeni miała 50 dolarów. Na dzisiejsze to wcale nie tak źle: trochę ponad 900, może nawet tysiąc. Trump wstydzi się tej historii. Mediom opowiadał, że matka przypłynęła „na wycieczkę”,  z koleżankami. Oficjalne dokumenty mówią jednak coś innego. Zarejestrowana jako „pomoc domowa”, zaledwie kilka dni po dopłynięciu do Nowego Jorku rozpoczęła pracę u pani Carnegie.

    Nie wiązały się z tym żadne finansowe przywileje: miała dach nad głową, wyżywienie i możliwość podziwiania z bliska, z pierwszego rzędu, życia nowojorskich elit. Siostry wychodziły za mąż za lokajów i kamerdynerów. Nic wielkiego, ale osiągały dzięki temu pewną niezależność. Jedna z nich, Christina, zamieszkała w dzielnicy Queens, przyjmując do siebie Mary Anne. Budowały sieć kontaktów, „obstawiały” coraz bardziej zamożne domy, poznawały ludzi.

    Czytaj też: Kryzys Boeinga: co poszło nie tak i czy firma się odbuduje?

    Nie ma w literaturze jasności, kiedy dokładnie młodziutka dziewczyna wpadła na swojego przyszłego męża. Fred Trump był synem Friedricha Drumpfa, emigranta z Niemiec, który dorobił się w Ameryce, i Elizabeth Christ, urodzonej w Kallstadt, też w Niemczech. Miał już wtedy własną firmę budowlaną – zaczynał w liceum, sprzedając domy po 3990 dolarów za sztukę. Był ambitny, bezwzględny w interesach i, według wszelkich relacji, świetnie tańczył. Właśnie „na tańcach” poznali się z Mary Anne. Zakochali się szybko. Już kilka tygodni później, podczas wizyty w ojczyźnie, młoda Szkotka miała cieszyć się, że „poznała przyszłego męża”.

    [

    Strzelanina pod Białym Domem. Trump bezpieczny](/news/usa-strzelanina-pod-bialym-domem-napastnik-nie-zyje)

    [

    W telewizji Zero o decyzji Trumpa. „Ważne będą szczegóły”](/news/zamieszanie-wokol-amerykanskich-wojsk-komentuja-politycy)

    [

    Wystarczył jeden telefon. Kulisy interwencji Trumpa ws. armii USA w Polsce](/news/usa-wysla-do-polski-dodatkowych-zolnierzy-kulisy-decyzji)

    Pobrali się w 1936 roku. Przyjęcie weselne było godne, ale skromne: zjawiło się około 25 osób. To pewnie ostatnie skromne wydarzenie w dziejach rodu Trumpów.

    Dom zimny

    Powojenny „boom” mieszkaniowy uczynił z Freda bardzo majętnego człowieka. „Obstawiał” całe Queens, które stało się symbolem aspiracji robotniczej części Nowego Jorku. Dzielnica rosła, a on wraz z nią, stawiając kolejne bloki i domy jednorodzinne dla coraz bogatszych Amerykanów.

    Rosła też rodzina Trumpów. Dzieci przychodziły na świat jedno po drugim. Maryanne w 1937, Fred Jr. rok później, Elizabeth w 1942, Donald w 1946. Ostatnia ciąża, z Robertem (1948), o mało Mary Anne nie zabiła. Doznała ciężkiego krwotoku wewnętrznego, co doprowadziło do infekcji i konieczności przeprowadzenia nagłej histerektomii. Przez wiele miesięcy balansowała na granicy życia i śmierci, przechodząc operację za operacją. Dłużyły się dni spędzone w szpitalu.

    Donald miał wtedy dwa i pół roku.

    Ta pozornie niewinna historia powraca w każdej poważnej próbie zrozumienia Donalda Trumpa. Mary L. Trump, psycholożka i bratanica prezydenta, w głośnej książce „Too Much and Never Enough” opisywała dom dziadków jako emocjonalnie jałowy. Fred senior był oschły, zimny. Nie wynikało to z jakiejś złośliwości czy niechęci wobec dzieci. Wychowany przez własnego ojca w przekonaniu, że czułość jest słabością, sam zajmował się przede wszystkim zarabianiem pieniędzy. Tylko taki „język miłości” znał. Synom powtarzał, że świat dzieli się na „kilerów” i „frajerów”. On był, rzecz jasna, tym pierwszym.

    Maryanne, starsza siostra Trumpa, wspominała potem, że ojciec po całym dniu pracy wracał do domu i pytał tylko „czy wszystko jest zrobione”. Nie przytulał, nie wypytywał, nie zasiadał do posiłku przy wspólnym stole. Ciepło, do którego przyzwyczaiła matka, nagle wyparowało.

    Zwłaszcza, że i ona sama – osłabiona, schorowana – po powrocie ze szpitala nie była w stanie wypełnić tej luki. Zmieniła się. Ta nagła, niemal całkowita nieobecność matki w kluczowym momencie rozwoju emocjonalnego dwuletniego Donalda stworzyła w nim – jak twierdzą psychologowie – „permanentny głód uwagi i aprobaty”, manifestowany zresztą do dziś.

    Dwa oblicza

    Mary Anne była kobietą pełną sprzeczności.

    Im bardziej rósł status społeczny rodziny Trumpów (a rósł szybko), tym chętniej angażowała się w kolejne akcje charytatywne, wolontariat i wszelkie inne formy pomocy. I to nie tak, że ograniczała się wyłącznie do podpisywania czeków: jeździła, rozmawiała z ludźmi, nalewała zupę potrzebującym i pocieszała tych, którym nie ułożyło się tak dobrze jak jej.

    Jednocześnie po okolicy poruszała się wyłącznie luksusowym, srebrnym Rolls-Royce’em z charakterystyczną rejestracją MMT (Mary / McLeod / Trump). Kochała naturalne futra, które ciągnęły się za nią po ziemi, i spektakularną, diamentową biżuterię. Im większy kamień, tym lepiej. Najlepiej kilka jednocześnie.

    Podczas gdy Fred znany był z tego, że jeździł od budowy do budowy, by zbierać z podłogi gwoździe, żona z rozdziawioną buzią podziwiała koronację Elżbiety II. „Niektórzy ludzie po prostu rodzą się po to, by nosić koronę” – miała wówczas powiedzieć mężowi, który raz po raz krytykował pełne przepychu przedsięwzięcie, oglądane z uwagą przez cały dzień. Siedmioletni wówczas Donald chłonął i to, co widział na ekranie, i wypowiadane przy tej okazji mądrości matki.

    „Gdy patrzę wstecz, zdaję sobie sprawę, że część mojego zmysłu do robienia show pochodzi od mojej matki. Ona kochała blichtr i wielką scenę. Była bardzo tradycyjną gospodynią domową, ale miała też poczucie świata poza nią” – pisał potem w najsłynniejszej, jak dotąd, autobiografii, „The Art of the Deal”.

    W innej, „The Art of the Comeback”, Trump chwalił matkę – i pośrednio krytykował inne kobiety w swoim życiu. „Część problemów, jakie miałem z kobietami, brała się z tego, że musiałem porównywać je z moją niesamowitą matką, Mary Trump” – pisał. „Moja matka jest piekielnie inteligentna”. Nazwał nawet jej imieniem jeden z pokoi w Mar-a-Lago. Czy istnieje wyższa forma nobilitacji?

    Na drugim planie

    Pomimo tego, w dorosłym życiu Trumpa Mary pozostawała postacią drugoplanową, ukrytą w cieniu potężnego męża. Kiedy Donald przeniósł się z Queensu na Manhattan, by budować Trump Tower, duma mieszała się u niej z niepokojem.

    Kochała wystawne życie, owszem, ale nie rozumiała bezwzględnego świata celebrytów i tabloidów, w którym jej syn czuł się jak ryba w wodzie.

    Czytaj też: Dlaczego Ameryka płonie? Kulisy spraw Kinga, Harlins i Floyda

    „Jakiego ja syna stworzyłam?!” – miała zapytać, gdy pod koniec lat 80. media rozpisywały się o jego podbojach seksualnych i głośnym romansie z Marlą Maples. Pytanie skierowała do swojej synowej, Ivany, którą podobno bardzo lubiła, a z którą Donald rozwodził się na oczach całej Ameryki.

    Mimo że sama kochała luksus, ostentacja syna trochę ją przerażała. Traktowała bogactwo jako tarczę: wychowana w biedzie, łaknęła szacunku i bezpieczeństwa. Donald, który nędzy nie zaznał nigdy, używał złota jako broni. Napawał się tym, że ma więcej. Że wszystko i wszystkich może kupić.

    Choć ich drogi nie zawsze się krzyżowały, Donald dbał jednak o matkę. Regularnie odwiedzał ją w jej apartamencie, a gdy w 1991 roku Mary została brutalnie napadnięta i okradziona na ulicy (doznała wówczas złamania żeber i uszkodzenia wzroku), wyznaczył nagrodę za schwytanie sprawcy i otoczył ją najlepszą opieką medyczną.

    Fred i Mary Anne Trumpowie w 1990 roku (fot. Getty Images) (fot. Sonia Moskowitz / Getty Images)

    Mama na głowie

    Gdy dziennikarze pytali Donalda Trumpa o najważniejsze życiowe lekcje, na ołtarze zawsze wynosił ojca. Matka była w opowieściach postacią co najwyżej drugoplanową.

    A jednak to ją nosi codziennie… na głowie. Słynna, misternie układana, architektoniczna wręcz fryzura Trumpa, z której drwi cały świat, to niemal bezpośrednia kopia uczesania Mary Anne z lat 70. i 80. To ona nosiła tę charakterystyczną, natapirowaną i utrwaloną lakierem „koronę” w odcieniu jasnego blondu. Podczas pierwszej kampanii prezydenckiej, Trumpowi wielokrotnie zdarzało się zapraszać ludzi na scenę, by dotykali jego włosów i „potwierdzali, że są prawdziwe”.

    Mary Anne McLeod słynęła z wymyślnych fryzur (fot. Fox News)

    To były rzadkie momenty, w których wspominał Mary Anne.

    Robił to też podczas podróży do Szkocji. Lata tam nie z sentymentu do matki (a przynajmniej niewiele na to wskazuje), lecz ze względu na słynne pola golfowe. Gdy na lotnisku otaczają go dziennikarze, mówi w swoim stylu: „Szkocja… Stąd pochodzi moja matka. Pochodzi z prawdziwej Szkocji” – ale że to Trump, nikt nie wnika na czym jej „prawdziwość” polega.

    Do rodzinnej wioski miał zajrzeć tylko dwa razy. Najgłośniejsza była pierwsza z wizyt, w 2008 roku. Śledzony przez kamery, rozejrzał się po surowych wnętrzach małego domku, w którym Mary Anne spędziła kilkanaście lat życia, a które Trump – wyliczyli dziennikarze – wizytował przez… 97 sekund. Pokiwał głową z uznaniem, wyszedł i wypalił w swoim stylu: „już rozumiem; pewnie dlatego była taka twarda”.

    Kto naprawdę stał za zamachem na papieża? Tajemnica Agcy

    Odeszła w 2000 roku, kilkanaście miesięcy po mężu.

    Nie widziała kampanii prezydenckiej syna. Nie widziała Białego Domu, nie widziała tłumów w czerwonych czapkach z napisem „MAGA”. Nie miała pojęcia, że syn imigrantki uczyni z lęku przed imigrantami jedną z osi amerykańskiej polityki.

    Ale nie wiedziała też, że Biblii, którą podaruje mu w 1955 roku, użyje do składania przysięgi podczas prezydenckiej inauguracji.

    Była pełna sprzeczności i taki jest też jej syn.

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era